Czas po rozstaniu. Granice smutku

czas-po-rozstaniu

Okres żałoby pomaga nam pogodzić się ze stratą kogoś bliskiego, nie tylko człowieka, ale i ukochanego zwierzaka. Każdy przeżywa ten czas inaczej. Jak poradzić sobie z pustką, żalem i tęsknotą,  by odzyskać równowagę, która pozwoli nam wrócić do normalnego życia?

Rozstanie z psem, który towarzyszył nam przez kilka lub kilkanaście lat, zawsze jest trudne. To domownik, członek rodziny biorący czynny udział w bieżących wydarzeniach, mający określone potrzeby, wymagający uwagi, troski i czułości, darzący nas przy tym silnym, bezwarunkowym uczuciem.

Po jego odejściu wiele się zmienia. Zbędne stają się spacery i zakupy w sklepie zoologicznym, nie ma pieszczot, nikt nie trąca nosem przygnębionego człowieka ani nie śledzi wzrokiem jego poczynań. I nawet jeśli rodzina jest liczna, brak czworonoga odczuwają wszyscy, i młodsi, i starsi. Każdy z nas ma prawo do żałoby i każdy radzi sobie z nią po swojemu. Jednak jak wszystko, ma ona swój kres. Czy się z tym zgadzamy, czy nie, obok toczy się zwykłe życie i nawet rozpacz nie ma pierwszeństwa przed codziennością.

Z czego składa się cierpienie?

Śmierć domownika czy przyjaciela, bez różnicy, człowieka czy czworonoga, dla tego, który ponosi stratę, oznacza początek bolesnego procesu godzenia się z tym, co się stało. Okres ten, zwany żałobą, bywa dłuższy lub krótszy, a jego poszczególne etapy przeżywane są z różną intensywnością. – Jeśli przejdzie się je wszystkie, można uporać się z bólem w sposób najmniej szkodliwy dla naszej psychiki – mówi Barbara Borzymowska, psycholog i zoopsycholog z Wrocławia.

Jakie to etapy? Najpierw brak wiary w to, co się wydarzyło, zaprzeczanie śmierci, nawet jeśli było się świadkiem czyjegoś odejścia, potem gniew na tego, kogo już nie ma, wreszcie obarczanie winą siebie. Dopiero później przychodzi pora na pogodzenie się ze smutnym stanem rzeczy. – Przejście tej drogi wymaga czasu, a jednak żałoba nie może trwać w nieskończoność – podkreśla Barbara Borzymowska. – Nie chodzi o to, że po roku, czy dwóch mamy zapomnieć, ale  o to, żebyśmy po upływie tego okresu mogli znowu normalnie funkcjonować.

W wielu przypadkach żal, ból, tęsknota będą trwały całe życie, ale nie mogą one tego życia destabilizować. Jeśli ktoś po takim czasie wciąż nie radzi sobie z cierpieniem, powinien zastanowić się nad terapią.

Rytuały przejścia

Psycholog z Wrocławia podkreśla, że ulgę żywym niosą ceremonie i zabiegi towarzyszące odchodzeniu. – Śmierć budzi  w nas lęk – wyjaśnia – a rytuały przejścia, na przykład pogrzeb, zostały wymyślone nie dla tych, którzy umarli, ale dla tych, którzy zostali, po to, by zmniejszyć ich lęk i dać im poczucie, że życie ma gdzieś jakąś kontynuację. Ludzie tego potrzebują. Gdy traci się zwierzę, rytuał przejścia także pomaga.

Od opiekuna zależy, jak zostanie on przeprowadzony, ale na pewno najgorzej jest wtedy, gdy ktoś musi oddać ciało ulubieńca do utylizacji. Tak nie powinno być.  Tego samego zdania jest Agnieszka Kasprzyk, która w maju tego roku musiała pożegnać się z blisko piętnastoletnim jamnikiem Rulonem, adoptowanym ze schroniska cztery lata wcześniej. – Zostawienie zwierzęcia w lecznicy albo oddanie do utylizacji to bezduszne rozwiązanie. Wtedy trafia do spalarni odpadów, jak śmieć  – mówi z przekonaniem.

Zdążyła przygotować się na jego śmierć, bo chorował na serce. Kilka razy  w ciągu czterech wspólnych lat przeżywał gwałtowne załamanie, które wymagało natychmiastowej interwencji lekarza weterynarii. – Liczyliśmy się z tym, że w każdej chwili pies może odejść. Dzisiaj doceniam to, że wytrwał przy nas tyle czasu i trzymał się niemal do ostatniej chwili. W końcowym okresie życia, kiedy stracił apetyt i bardzo schudł, wciąż próbował zaznaczyć swoją obecność w domu, przejść kilka kroków na spacerze, zjeść kilka granulek karmy. Poddał się dopiero ostatniego dnia.

Rulon nie odszedł sam, potrzebował pomocy. Decyzja o uśpieniu nie była łatwa, ale kardiolog, który opiekował się jamnikiem, pomógł domownikom pogodzić się z tą myślą, mówiąc, że wszystko jest w porządku, dopóki walczy się o psa dla psa i razem z psem, ale nie wtedy, kiedy zaczyna się walczyć o psa dla siebie. Zdawali sobie zatem sprawę, że lekarz ma rację i byli mu wdzięczni, gdy zgodził się przyjechać do Rulona do domu.

Dzięki temu psiak mógł odejść spokojnie, na swoim legowisku w otoczeniu kochających go osób. – Nie zawsze jest to możliwe – dzieli się swoimi refleksjami Agnieszka.  Już wcześniej wybrała kremację indywidualną z zachowaniem prochów pupila. Samochodem firmy oferującej taką formę pożegnania, wyposażonym w specjalny kontener do przewożenia ciał zwierząt, pojechała z czworonożnym przyjacielem do Lublina.

– Można przywieźć zwierzaczka owiniętego w ulubiony kocyk, razem  z zabawkami, obrożą, swoim zdjęciem. Pracownik spalarni pozwala opiekunowi pożegnać się z psem i daje mu tyle czasu, ile ten potrzebuje – opowiada. – Do domu wróciłam z urną wielkości niedużej cukiernicy i odciskiem psiej łapy na wieczku.  – uśmiecha się. – Na pewno łatwiej jest przeżyć żałobę ludziom, którzy mieli tyle szczęścia, co my. Nasz zwierzak nie zginął nagle, nie wpadł pod samochód, nie umarł na stole operacyjnym. Trochę  u nas pobył. Ktoś powie: „Co to jest cztery lata? Ja miałem psa przez kilkanaście.” Ale w tym przypadku to było bardzo, bardzo długo. To było całe życie.

Mieć takie miejsce…

Alternatywą dla kremacji jest pochówek pupila na psim cmentarzu. Psie cmentarze to coś absolutnie wzruszającego. Tamtejsze nagrobki są dokładne takie jak te na ludzkich cmentarzach, kamienne, marmurowe, z napisami. Trzeba sobie jednak powiedzieć jedno. Na ludzkich cmentarzach poza dowodami miłości jest też dużo blichtru; nagrobek z pewnością ocenią znajomi czy rodzina.

W przypadku zwierząt nie myśli się  o tym, co powiedzą ludzie, tam chodzi  o czystą miłość. Widać, że groby są odwiedzane, pojawiają się na nich nowe zabawki, piłeczki, wiatraczki… Anna Walentynowicz, zastępca prezesa Fundacji Jak Pies z Kotem, wspomina, że pierwszego psa dostała w wieku siedmiu lat. Jamnik Ami był w jej rodzinie bardzo długo. Piętnastoletniego staruszka żegnała już jako nastolatka.

Po nim był ogar Bard, który zakończył życie, gdy była już dojrzałą osobą. Jej zdaniem najważniejsze jest to, by pozwolić psu odejść godnie. Najbardziej znany, najstarszy cmentarz w Koniku Nowym pod Warszawą budzi w niej sprzeczne emocje.  – Chciałabym, by moje psy miały swoje miejsce po śmierci, ale wolałabym coś bardziej stonowanego. Nie czuję potrzeby odwiedzania zwierzaków, spędzania z nimi czasu, kiedy ich już nie ma. Mam zdjęcia  i wspomnienia.

Nie oczekuję ceremonii i nie mam przekonania, że coś jest po drugiej stronie Tęczowego Mostu – wyjaśnia. – Może to dlatego, że zbyt często mam kontakt ze schroniskowymi psiakami, które umierają samotnie w swoich boksach. Trzeba dawać psom wszystko, co można, kiedy są przy nas.  Chociaż to niezgodne z prawem, co trzeba wyraźnie podkreślić, wciąż wiele osób chowa swoje zwierzaki we własnej ziemi, choćby w przydomowych ogródkach. Zaznacza miejsce kamieniem, czasem każe wyryć w nim imiona i daty śmierci.

Zmiennicy

– Czasem ludzie, którzy szukają u mnie pomocy, mówią: „To już trzy lata, a ja nie mogę się otrząsnąć, cały czas tęsknię, patrzę na puste miejsce i płaczę… Nie mogę wziąć następnego psa” – opowiada psycholog Barbara Borzymowska. – Nie kwestionuję ich cierpienia i nie chcę powiedzieć, że ktoś „nadużywa” żałoby, ale nie jestem zadowolona, gdy coś takiego słyszę. Jest tyle zwierząt, które potrzebują ludzi, że roztkliwianie się nad swoimi emocjami jest zachowaniem egoistycznym.

Może jestem bezwzględna… Mimo to zawsze namawiam takie osoby, by rozważyły wzięcie kolejnego zwierzaka. I to zarówno dla dobra potencjalnego towarzysza, jak i własnego. Napisałam kiedyś wiersz, w którym odchodzący przyjaciel właśnie o to prosi swojego człowieka: „proszę –/ zrób przy sobie miejsce/ dla następnego psa”. Barbara Borzymowska, która sporo utworów poświęciła ludzko-zwierzęcym relacjom, a także śmierci i trudnemu rozstaniu, również ma za sobą bolesne doświadczenia.

Kiedy pożegnała swojego bulmastifa, przyśniło jej się, że przyprowadził do niej nowego ulubieńca. – Zostawił go i poszedł sobie – wspomina. – Potraktowałam ten sen jak wezwanie i zaczęłam szukać następcy. To był zwierzak konkretnej rasy, o której nigdy nie myślałam, duży szwajcarski pies pasterski. W okolicach Wrocławia znalazłam miot, w którym jeden piesek był jeszcze wolny. Dzisiaj ma dziewięć lat, ale przez całe życie bardzo chorował i gdyby trafił do innego domu, prawdopodobnie nie dożyłby tego wieku.

Czasem myślę, że tamten tego przyprowadził, bo wiedział, że ja się nim zajmę.  W to, że odchodzący pies przysyła swojego zmiennika, wierzy także Agnieszka Kasprzyk, która uważa, że wzięcie kolejnego czworonoga po stracie poprzedniego to jedyne rozsądne rozwiązanie. Miesiąc po śmierci Rulona wypatrzyła w Internecie Harleya, psiaka w typie jamnika, który siedział w boksie w schronisku w Orzechowcach i płakał. Jego rozpacz uwiecznił wolontariusz, który umieścił film na Facebooku.

Agnieszkę wzruszył widok nosa wciśniętego w kraty, mimo to miała mnóstwo wątpliwości. – Leczenie Rulona było kosztowne, prawdę mówiąc nie było mnie stać na kolejnego psa, ale bez zwierzaka było w domu tak pusto… Jeśli raz zamieszka się z psem, to potem już zawsze się go ma, bo trudno bez niego wytrzymać – wyznaje. Pojechała więc aż pod Przemyśl  i adoptowała rudego Harleya, jak o nim mówi, 80 proc. jamnika w jamniku, realizując w ten sposób „testament” Rulona. Nie doszukuje się w nim cech poprzednika. To zupełnie inny pies. Zresztą nikogo, ani człowieka, ani psa nie da się zastąpić.

Nieco inne doświadczenia ma Anna Walentynowicz, która bardzo przeżyła śmierć Amiego. Nie mogła pogodzić się  z jego odejściem, a argument, że był stary i swoje już przeżył, w ogóle do niej nie przemawiał. – Miało nie być kolejnego czworonoga – wspomina. – W tym czasie miałam już swoje życie i swoje sprawy, rodzice obawiali się, że nie będę mieć dla niego czasu. Czułam jednak, że muszę mieć psa, bo to rodzaj uzależnienia, ale miałam wyrzuty sumienia, że postaraliśmy się o niego tak szybko. Nasz jamnik odszedł pod koniec grudnia, a Bard urodził się w Wigilię, tydzień wcześniej. Przywieźliśmy go do domu w lutym jako dwumiesięcznego szczeniaka.

Zajmująca się adopcjami Anna mówi  o tym, że w przypadku straty pupila w znacznie gorszej sytuacji są ludzie starsi. Często dzwonią do fundacji i pytają o młode psy. To bardzo niezręczna sytuacja, gdy trzeba im to delikatnie wyperswadować. Ale zdarzają się też ludzie bardziej świadomi i odpowiedzialni, jak mężczyzna, który straciwszy ulubieńca, powiedział jej, że już wie, że nie może mieć kolejnego, bo jest na to za stary.

Nie musi tak być. Barbara Borzymowska przytacza przykład swoich rodziców, którzy w tym roku rozstali się z piętnastoletnim goldenem. – Zaparli się, że już nigdy nie będą mieć psa. Nie z powodu bólu, lecz ze względu na wiek, bo nie chcieliby, żeby ich przeżył – wyjaśnia. – To chwalebna postawa, ale akurat oni nie powinni martwić się na zapas, bo jeśli coś by im się stało, zwierzak trafiłby pod moją opiekę. Protestowali przez pół roku. Teraz mają szorstkowłosą jamniczkę, a ja widzę, że dobrze im robi jej towarzystwo.

Na zakładkę

Barbara Borzymowska uważa, że w domu powinno być więcej psów. O wiele łatwiej rozstać się z jednym, mając przy sobie drugiego. Zresztą one też przeżywają rozstanie z czworonożnym towarzyszem.  – Patrzę na swojego szwajcara i wiem, że będę mogła mówić o szczęściu, jeśli uda mu się dożyć dwunastu lat – mówi zoopsycholog. – Jeśli sprawdzi się najczęstszy scenariusz, moment pożegnania może być naprawdę bliski. I to jest bardzo smutne.  I bardzo trudne.

Anna Walentynowicz, która ma w tej chwili sześcioletnią suczkę ogara, Łozę, wnuczkę ukochanego Barda, mówi, że warto pomyśleć o drugim psie, gdy pierwszy wkroczy w wiek dojrzały. Trzeba jednak znaleźć rozsądną różnicę wieku, by szczeniak nie denerwował dorosłego rezydenta, tak jak stało się w przypadku Łozy i Barda, mimo że zwierzęta nie mieszkały razem, bo starszy ogar został z rodzicami Anny, a tylko się spotykały.

Tam różnica jedenastu lat okazała się zbyt duża. Dziadek nie był już dla suczki partnerem do zabawy, a ona zwyczajnie go irytowała. – Wiem, że powinnam wkrótce postarać się o młodszego ulubieńca, póki Łoza jest jeszcze żywotna  – planuje. – Kiedy trzeba było podjąć decyzję o odejściu nieuleczalnie chorego Barda, bardzo pomogła mi świadomość, że mam drugiego psa, którym muszę się zająć, który mnie potrzebuje. Nie miałam czasu rozpamiętywać straty pierwszego ogara, co nie oznacza, że mi go nie brakowało.

Wiem, co czujesz…

Żałoba po zwierzaku może być tak samo silna jak po człowieku. Wszystko zależy od tego, jaką rolę odgrywał pies w życiu opiekuna. Dla osób, które nie radzą sobie z poziomem cierpienia są grupy wsparcia, tworzone przez ludzi mających podobne doświadczenia. – Spotykają się i rozmawiają. Przydarzyło im się to samo, lecz są na różnych etapach przeżywania swojej straty  – opowiada Barbara Borzymowska. – Dzięki temu mogą się przekonać, że to, co czują, jest normalne. Niektórzy wstydzą się swoich emocji, tego, że cierpią po śmierci zwierzęcia. Może byłoby inaczej, gdyby nie zawstydzali ich ludzie nierozumiejący ich problemu.

Spotkanie z osobami będącymi w podobnej sytuacji przynosi ulgę. Dobrze, jeśli jest wśród nich psycholog, ale nie jest to konieczne, bo i tak sami sobie pomagają, swoją obecnością i tym, czym się dzielą. Zwykle organizują się przez Internet – dodaje.

Wspomina, że kiedy pożegnała się ze swoim bulmastifem, miała okazję poznać solidarność użytkowników sieci. Była tak przygnębiona, że jej znajoma napisała  o tym na jakimś forum, prosząc innych psiarzy o wsparcie. – I zdarzyło się coś, co wywołało uśmiech na mojej twarzy – opowiada psycholog i poetka z Wrocławia. – Zaczęłam dostawać setki moich wierszy, m.in. najbardziej znaną „Psią duszę”. Forumowicze nie wiedzieli do kogo piszą, przesyłali te wiersze, żeby mnie pocieszyć.

Wydaje się, że potrzeba mówienia o emocjach jest ogromna. Tam, gdzie pojawia się  w sieci temat żałoby, aż gęsto jest od wpisów zrozpaczonych opiekunów. Wielu z nich pisze długie komentarze. Głosy innych to kilkuzdaniowe westchnienia. Są osoby dzielące się swoim bólem zaraz po stracie pupila i takie, których żałoba trwa od jakiegoś czasu.

Nie brak też opiekunów mających poczucie winy, że musieli przyspieszyć śmierć podopiecznych. Barbara Borzymowska podkreśla, że to, kiedy ludzie zaczynają mówić  o tym, co ich boli, to także kwestia bardzo indywidualna. – Znam osoby, które straciły dziecko i cały czas oglądały jego zdjęcia, nieustannie o nim mówiły, komu tylko mogły.

I znam inne, które nie miały nawet jednej fotografii na ścianie i wcale nie poruszały bolesnego tematu, bo było to dla nich zbyt trudne – wyjaśnia. – Dla niektórych opiekunów pies jest taką istotą jak dziecko. Są ludzie, którzy na początku nie mogą mówić o jego odejściu ani o nim rozmawiać. Dopiero później zaczynają pozwalać sobie na wspomnienia. Ważne, by mieć świadomość, że śmierć to naturalna kolej rzeczy, a zwierzę żyje krótko i zwykle odchodzi pierwsze. Buntowanie się przeciwko temu nie ma sensu.

Epitafium dla przyjaciela

Jest i inny rodzaj oswajania rozpaczy, polegający na szukaniu słów, które najlepiej oddałyby to, co przeżywa osamotniony przez pupila opiekun. Wiersze, epitafia, przedstawiane w blogach historie przyjaźni ludzi i czworonogów, w końcu także książki potwierdzają, że pisanie także może być formą terapii. „Moja Mara się  w psiego zmieniła anioła./ Choć właściwie za życia także była taka./ Tyle dała swych czarów wszystkim dookoła,/ że zbrakło jej dla siebie by pokonać raka.” pisze Marek Majewski, a użytkowniczka Kryha na Wiersze.kobieta.pl wspomina: „W pustej psiej budzie nocą/ sny jak dawniej/ szczekają na księżyc w pełni/ do wtóru z sową  i puchaczem/ i jak dawniej pchła/ po nich skacze./ […] A teraz tylko cienie/ i przewrócona miska/ która wspomina psa/ …”

24-letnia Katarzyna, autorka bloga „Pastelowo na białym” (pastelowonabialym.blogspot.com) w lutym straciła buldożkę francuską Zmorkę. „W tym tygodniu miałam moją małą żałobę – napisała.  – Ktoś sobie pomyśli – co za durna baba? Żałoba po psie? Ano tak. Taki już ze mnie wariat. […] Do końca pozostała świadoma, do końca domagała się nieśmiało drapania i głaskania. Aż przyszedł ten czas. Usypiać, czy nie usypiać? […] 10 minut przed przyjazdem lekarza odeszła sama. Nawet teraz ryczę jak bóbr! Oszczędziła mi po prostu wyrzutów sumienia związanych z eutanazją…”

Agnieszka Kasprzyk, wspominając Rulona mówi, że taka aktywność to nie jest wcale zły pomysł. – Postanowiłam spisać historię naszego psa, od momentu, w którym się poznaliśmy, do chwili mojego powrotu do domu z niewielką urną. Nie wiem, co później zrobię z tą opowieścią, ale chciałabym, by to, co Rulon wniósł w nasze życie, zostało udokumentowane. Osobom, które chciałyby mieć taką pamiątkę, ale nie czują się na siłach, by zrobić to samodzielnie, można by oferować taką usługę terapeutyczną, spisywanie ich wspomnień – uśmiecha się do swojego pomysłu.

Kontynuacja obecności

Zdjęcia, utwory literackie i plastyczne, rękodzieło, wreszcie przedmioty-pamiątki kojarzące się z ulubieńcem służą jednemu – przedłużeniu jego obecności w naszym życiu. Sposobów na przywołanie wspomnień jest wiele. Kiedy minie okres żałoby, będziemy sięgać po te najlepsze. Na wszystko jest czas. Na buntowanie się przeciwko śmierci i na powrót do życia. Nie bójmy się przeżyć bólu do końca  i miejmy dość siły, by w odpowiedniej chwili powiedzieć „dość”. Nie stójmy w miejscu. Na świecie za dużo jest psów czekających na swojego człowieka…

Katarzyna Rygiel

Zapisz

Jak oceniasz ten artykuł?

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena / 5. Liczba głosów

KOMENTARZE

1 komentarz do wpisu “Czas po rozstaniu. Granice smutku”

  1. Straciłam pieska 2 dni temu, urodziła się na mojej głowie i przy mnie spokojnie odeszła. Smutku i pustego miejsca, żalu -pomimo iż miała prawie 20 lat, nikt nie zrozumie jeżeli tego nie przeżył…Dla nas to była wierna przyjaciółka i kochany członek naszej rodziny. Wierzę iż to moje kochane psiątka ma duszę i jest przy mnie czasami:(

Dodaj komentarz

O AUTORZE

newsletter

Otrzymuj informacje
o najnowszych poradach prosto do swojej skrzynki

Podaj swój adres