leczenie-raka-u-psow

Rak to nie wyrok

Kiepską mają pracę – często muszą mówić opiekunom psów trudne rzeczy. Na szczęście są też dobre wieści. Onkolodzy zwierzęcy, bo o nich mowa, coraz częściej ratują naszych czworonożnych przyjaciół i dają nadzieję…

Pies straci łapę, ale pożyje bez bólu jeszcze rok. Bez operacji niebawem umrze… Albo: chemioterapia oznacza jeszcze co najmniej sześć miesięcy komfortowego życia. Bez niej pies ma przed sobą najwyżej miesiąc. Decydujecie się?

Trudne pytania…

Onkolodzy weterynaryjni zadają je każdego dnia. Swoją walkę z nowotworami psów i kotów zaczynali przed laty we trzech – dr Wojciech Hildebrand we Wrocławiu, dr Dariusz Jagielski w Warszawie i lek. wet. Leonard Gugała w Szczecinie. Cóż, brzmi to jak laurka, a oni nie bardzo je lubią. Kiedy mówię dr. Hildebrandowi, że w Polsce jest ich trzech, poprawia mnie stanowczo: – No nie, to nie tak! Nie tylko my zajmujemy się onkologią. Owszem, rozwijaliśmy ją, dlatego jesteśmy pewnie bardziej rozpoznawalni. Ale nowotworami zajmuje coraz więcej lekarzy i to ze świetnym skutkiem – tłumaczy.

Skromność godna podziwu, ale obecna sytuacja to również efekt warsztatów, seminariów i wykładów organizowanych od lat przez wspomnianą trójkę. Inni lekarze chętnie na nie przyjeżdżają. Uczą się. Potem leczą. Dzięki temu do pionierów trafia mniej pacjentów niż przed kilku laty. Ale twierdzą, że to znakomicie, i cieszą się z tego. – Dzięki temu prostsze przypadki są leczone przez, nazwijmy ich, „lekarzy weterynarii pierwszego kontaktu”, a właściciele chorych zwierząt nie muszą jechać na drugi koniec Polski i wydawać pieniędzy bez potrzeby – wyjaśnia dr Hildebrand. – Za to specjaliści z większą wiedzą mogą zająć się tylko najtrudniejszymi przypadkami.

Hierarchia ważności

Co jest najważniejsze w leczeniu nowotworów – najnowsze terapie? Otóż nie! Wszyscy trzej rozmówcy, ku mojemu zaskoczeniu mówią, że kluczowe znaczenie ma to, jak opiekunowie chorych zwierząt postrzegają problem. – Najważniejsze jest porozumienie, czyli rozmowa lekarza z opiekunem i wspólne ustalenie priorytetów. Niedobrze, jeśli się różnią, bo wcześniej czy później pojawiają się rozbieżności w postrzeganiu tego, co się dzieje – wyjaśnia dr Dariusz Jagielski. – Właściciel zwierzęcia musi mieć świadomość, że prawdopodobnie nie wyleczymy całkowicie choroby nowotworowej, ale możemy zaoferować pacjentowi na przykład rok dobrego życia. I to właściciel decyduje, czy leczymy, czy nie. A potem sam ocenia jakość życia podopiecznego.

Sprawa jest trudna, bo jak dodaje Leonard Gugała, nawet część lekarzy weterynarii jest sceptycznie nastawiona do leczenia onkologicznego. – Nasi koledzy czy koleżanki mówią czasem: „Wiesz co, to jest barbarzyństwo operować psa, który za 4–5 miesięcy będzie musiał być uśpiony” – cytuje onkolog ze Szczecina. Sam nigdy nie ma takich dylematów. – Zawsze długo i szczegółowo rozmawiam z opiekunami zwierząt. Kiedy pada pytanie, co ja bym zrobił w takiej sytuacji z moim psem, odpowiadam, że gdyby miał szansę pożyć w komforcie choćby tylko dwa miesiące, nie zastanawiałbym się ani chwili.

Jak mówi dr Jagielski, często problemy w podejmowaniu decyzji o leczeniu chorego pupila wynikają z tego, że przenosimy ludzkie realia na świat zwierząt. A tymczasem inne są priorytety w onkologii człowieka, inne w weterynaryjnej.

– W medycynie liczy się utrzymanie człowieka przy życiu. Natomiast dla nas liczy się jakość życia. Leczenie onkologiczne jest uprawnione, jeśli zwierzę może wieść normalne życie, które sprawia mu przyjemność – wyjaśnia. – Wielu ludzi ma doświadczenia z onkologii ludzkiej, które wiążą się z negatywnymi przeżyciami. Słysząc słowa: nowotwór, chemioterapia, leczenie, często źle na nie reagują. Zdarza się, że na wieść o chemioterapii opiekunowie się wycofują. Są sytuacje, gdy celem terapii jest zupełne wyleczenie zwierzęcia. Wtedy jest ona intensywna, mogą pojawić się skutki uboczne. Ale, powiedzmy to sobie szczerze, takie sytuacje nie są bardzo częste. W większości przypadków leczenie ma zapewnić dłuższe życie na akceptowalnym poziomie.

– Zwierzę nie ma przed oczami kalendarza i nie myśli sobie: „O, zostało mi jeszcze pięć dni życia”. Ono cieszy się każdym kolejnym dniem. I to jest najważniejsze – żebyśmy zaoferowali mu jak najwięcej dobrych dni bez cierpienia – dodaje dr Wojciech Hildebrand. – Naszym celem jest zlikwidowanie bólu. Jeżeli więc nowotwór objął łapę, zwierzę cierpi, nie może chodzić, owszem, można podawać mu leki przeciwbólowe. Ale można też amputować łapę, która jest źródłem bólu. I pies będzie chodził, będzie szczęśliwy mimo trzech łap. Może żyć jeszcze kilka lat.

Zostaje jedna wątpliwość: kiedy trzeba powiedzieć, że leczenie nie ma sensu?

Dr Hildebrand mówi, że to konieczne, gdy terapia nie przynosi pożądanych efektów, a zwierzę czuje się coraz gorzej. – Amerykanie mówią, że trzeba się zastanowić, czy więcej jest dobrych dni, czy złych. Jeśli dobrych jest więcej, warto leczyć. Jeśli więcej jest złych (na dziesięć dni terapii przez osiem pies czuje się źle), to terapia nie ma sensu – wyjaśnia obrazowo.
Oczywiście leczenie nie ma też sensu w przypadku niektórych szczególnie złośliwych nowotworów. Lek. wet. Leonard Gugała mówi, że takim, podobnie jak u ludzi, jest rak trzustki, który zwykle nie poddaje się leczeniu.

Jak leczyć nowotwory?

Kiedy już opiekun zwierzęcia zdecyduje się na leczenie, lekarz przedstawia mu plan terapii. Lek. wet. Leonard Gugała mówi, że w 90 proc. przypadków niezbędna jest przede wszystkim szybka i mądra interwencja chirurgiczna (często połączona z chemioterapią lub radioterapią). Dodaje, że chirurgia onkologiczna to „wyższa szkoła jazdy”; potrzeba do niej wszechstronnej wiedzy i wielkiej wyobraźni. – Ostatnio operowałem psa z nowotworem nadnercza. Nikt nie chciał się podjąć tego zadania, bo nadnercze to delikatna struktura, a poza tym w czasie operacji może się pojawić wiele nieprzewidzianych okoliczności – tłumaczy.

– W tym przypadku nowotwór, rozrastając się, przyrósł do żyły czczej – dużej, blisko serca. Była zarośnięta w 85 proc. Pies nie miał siły, mdlał. Operacja trwała 2,5 godziny i okazała się wielkim sukcesem. Potem opiekunowie napisali do mnie: „Przywrócił pan radość życia naszemu psu”.

Najczęstszymi przypadkami nie są wcale amputacje zaatakowanych kończyn. To w dużych lecznicach zdarza się 3–4 razy w roku. Zresztą właśnie z akceptacją takich zabiegów opiekunowie mają wielki problem. W przeciwieństwie do zwierząt, jak mówi dr Dariusz Jagielski. – Mamy nawet takie powiedzenie, że pies ma trzy łapy i jedną zapasową. To oddaje sytuację: zwierzę przyzwyczaja się do braku jednej kończyny, traktuje to jako normę. Gdy rozmawiam z właścicielami chorych zwierząt o amputacji, zwykle pokazuję im filmy z psami po operacji – to najlepsza rekomendacja. Bo wielu ludzi postrzega taką interwencję jako znęcanie się nad zwierzęciem – opowiada. – Mam cały katalog takich filmów. Najstarszy pies, któremu amputowaliśmy kończynę, miał piętnaście lat. To była amstaffka z nowotworem kości. Leki przeciwbólowe nie pomagały, więc bardzo cierpiała. Alternatywą była eutanazja. Po operacji żyła kilka miesięcy bez bólu. To najgorsze uczucie dla zwierzęcia. W odniesieniu do ludzi mówi się często, że cierpienie uszlachetnia. To kompletna bzdura! Cierpienie tylko poniża – podkreśla.

Radioterapia tylko za granicą

Druga pod względem skuteczności w leczeniu nowotworów jest radioterapia. U ludzi stosuje się ją w 40 proc. przypadków. Podobnie mogłoby być u zwierząt. Mogłoby, bo… w Polsce nie ma ani jednego aparatu do radioterapii weterynaryjnej. Po co więc o tym piszemy? Bo można wyjechać do ośrodków za granicą – w Wiedniu, Monachium, Hoffenheim, Paryżu czy w Postojnej na Słowenii. To droga terapia. Jeśli celem jest całkowite wyleczenie, nie obędzie się bez kilkunastu cykli naświetlań, czyli „frakcji”, jak mówi dr Jagielski. – Za to trzeba zapłacić około trzech tysięcy euro. Mniej cykli potrzeba, gdy wykorzystuje się terapię paliatywnie, także do zwalczania bólu. Wtedy zapłacimy znacznie mniej.

– Radioterapia jest skuteczną metodą zwalczania bólu, szczególnie kości. Tam zmniejsza jego natężenie o niemal 70 procent na okres nawet 2–3 miesięcy – wyjaśnia onkolog. Oczywiście do tych cen opiekun musi dodać koszt podróży i pobytu w ośrodku dysponującym niezbędną aparaturą.

Dlaczego w Polsce nie ma aparatu do radioterapii? To oczywiście kwestia pieniędzy. – Akcelerator liniowy (czyli urządzenie wzbudzające promieniowanie w momencie jego włączenia) i specjalne pomieszczenia do jego zainstalowania to wydatek rzędu milionów euro. Nie stać na to żadnej prywatnej kliniki w Polsce. Może udałoby się, gdyby któraś z uczelni postarała się o grant na badania? – zastanawia się dr Wojciech Hildebrand. Mimo wysokich kosztów coraz więcej osób decyduje się na wyjazd za granicę ze swoim psem czy kotem. – Mam w tej chwili dwóch pacjentów po radioterapii. Z poważnymi efektami ubocznymi. Zwykle, w zależności od intensywności leczenia, są to zapalenia skóry i poparzenia. To największy problem w radioterapii stosowanej po to, by wyleczyć – mówi dr Jagielski.

Gdy był na stażu onkologicznym w Stanach Zjednoczonych (University of Wisconsin-Madison), oglądał aparat do tomoterapii – połączenie akceleratora liniowego i tomografu komputerowego. Lekarz może na bieżąco weryfikować miejsce, które poddaje leczniczej dawce promieniowania. To sprawia, że precyzyjniej niszczy tkanki nowotworowe, oszczędzając zdrowe, które je otaczają. Dzięki temu znacznie mniej jest skutków ubocznych.
Dodajmy, że skorzystanie z najbardziej zaawansowanej w tej chwili techniki radioterapii, nazywanej stereotaktyczną, która jest dostępna (dla zwierząt) w Europie, kosztuje 6–7 tysięcy euro.

Chemioterapia na chłoniaki

Kolejną metodą leczenia nowotworów jest chemioterapia, stosowana głównie w przypadkach nieoperacyjnych i takich, w których nie można wykorzystać radioterapii. Tak jest choćby z chłoniakami, czyli nowotworami układu chłonnego. – Nie da się usunąć czy naświetlić wszystkich. Dzięki nowoczesnej chemioterapii w 80 proc. przypadków udaje się spowodować wycofanie objawów choroby na rok czy więcej. Natomiast w 10 proc. dochodzi do całkowitego wyleczenia – mówi dr Wojciech Hildebrand. – Czy warto? Moim zdaniem tak, bo to rok komfortowego życia naszego psa. Oczywiście mogą się zdarzyć efekty uboczne takiego leczenia, ale oznacza ono szansę. Jeśli nie zdecydujemy się na terapię, choroba się rozwinie…

Immunoterapia – pieśń przyszłości

Są też, a jakże, „terapie przyszłości”. Jako pierwszą dr Dariusz Jagielski wymienia szczepionkę na czerniaka psów wyprodukowaną w Stanach Zjednoczonych, a zawierającą gen ludzkiej tyrozynazy. Daje to odpowiedź immunologiczą u psa przeciwko komórkom produkującym melaninę. Stosujemy ja po zabiegach operacyjnych, chociaż w środowisku onkologów weterynaryjnych ciągle trwa dyskusja na ten temat. Takie leczenie to wydatek kilku tysięcy złotych…, ale jest dostępne.

Nie została ona zarejestrowana w Unii Europejskiej, zapewne z powodu obecności w jej składzie materiału genetycznego człowieka.

Tu dotykamy delikatnej materii – żeby móc wprowadzić lek do powszechnego użytku, potrzebne są żmudne i drogie badania kliniczne. – W medycynie ocena poszczególnych leków i terapii odbywa się w dużych grupach, obejmujących tysiące ludzi. Osoby, które nie kwalifikują się do standardowej terapii, biorą udział w badaniach klinicznych. Innymi słowy, próbuje się w ich przypadku nowych metod, co jest uzasadnione moralnie, bo jeżeli dotąd stosowane nie dają nadziei, należy wykorzystać każdą szansę – tłumaczy dr Jagielski. Niestety, w europejskiej, a szczególnie w polskiej medycynie weterynaryjnej nie ma takich badań. – Swego czasu trzy razy składałem wniosek do Komitetu Badań Naukowych o grant badawczy, którego celem miało być stworzenie Polskiego Rejestru Nowotworów Zwierząt. Pozwoliłby on kompletować grupy badawcze do sprawdzania poszczególnych leków. Trzy razy wniosek odrzucono, bo ważniejsze są zwierzęta gospodarskie… – onkolog nie kryje rozgoryczenia.

Wspomniane badania miały służyć w zamyśle także… ludziom. – Uzasadnieniem była obserwacja zwierząt towarzyszących, żyjących w takich samych warunkach co ich opiekunowie. A ponieważ psy i koty żyją znacznie krócej, prawdopodobnie znacznie szybciej ujawniałyby się u nich choroby nowotworowe, a my znacznie wcześniej bylibyśmy w stanie je zdiagnozować – mówi dr Dariusz Jagielski. – Czynniki ryzyka są podobne: wiemy na przykład, że u kotów, których właściciele palą papierosy, nowotwory są częstsze. Koty (co wykazały badania) wdychają dym, zlizują z sierści zawarte w nim substancje. To powoduje nowotwory pyska i języka – zwykle raka płaskonabłonkowego. W przypadku psów jest pewnie podobnie, ale nie było takich badań, a my musimy się opierać na danych naukowych…

Badaniami w tym zakresie, jak mówi dr Jagielski, powinny zajmować się polskie wydziały medycyny weterynaryjnej. Mówiąc o nowoczesnych sposobach leczenia, wspomnijmy też o szczepionce na mięsaki poszczepienne kotów. Kłopot w tym, że została zarejestrowana w Unii Europejskiej jako uzupełnienie leczenia po operacji i radioterapii. – My mamy oczywiście problem z radioterapią, bo niewiele osób decyduje się na wyjazd za granicę. Choć kilka z nich leczyło u mnie zwierzęta – przyznaje warszawski onkolog.

Wielu opiekunów kotów decyduje się na podawanie szczepionki nawet bez radioterapii, choć nikt nie potrafi powiedzieć, czy to jest skuteczne, bo nie ma żadnych badań na ten temat.

Zapobiegać. Ale jak?

Mówi się, że odpowiedni sposób życia, dieta mogą zmniejszyć ryzyko nowotworów u ludzi. Ze zwierzętami jest trudniej, bo zwykle nie ma badań, które potwierdzałyby taką zależność. Ale „zwykle” nie znaczy „zawsze”. Najprostszą z metod prewencyjnych jest hormonoterapia, czyli chociażby wczesna sterylizacja suk (i kotek), która znacznie zmniejsza częstotliwość występowania guzów gruczołu mlekowego. – Amerykanie w ogóle nie mają tego problemu. W ciągu dwóch tygodni pobytu w klinice onkologicznej w USA nie zetknęliśmy się z ani jednym takim przypadkiem – podkreśla dr Jagielski. – Suki trzeba sterylizować najpóźniej przed drugą cieczką, a kotki – przed ukończeniem pierwszego roku życia.

Jego kolega ze Szczecina, Leonard Gugała dodaje, że w swojej lecznicy takie działania profilaktyczne prowadzi od lat. I to, jak przyznaje z dumą, z doskonałym skutkiem. – Kiedyś nie było tygodnia bez mastektomii, a teraz w miesiącu zdarzają się maksymalnie dwie – mówi.
Co ciekawe, z kastracją jest inny problem. Dr Jagielski wyjaśnia, że są dwa niezależne badania naukowe, które wykazują, że kastracja powoduje częstsze występowanie nowotworów prostaty u psów!

O jeszcze jednym – banalnym – sposobie zapobiegania nowotworom wspomina dr Wojciech Hildebrand. Okazuje się, że Amerykanie często narażają swoje psy na chłoniaka nosa, bo dbają o trawniki, intensywnie je nawożąc i pryskając DDT. Psy wdychają toksyny, a potem chorują… Warto o tym pamiętać, dbając o trawnik przy domu.

Przy okazji wspomnijmy o prewencji u kotów. Otóż odpowiednie postępowanie może uchronić je przed nowotworami poiniekcyjnymi. – Podawanie zastrzyków w miejscach łatwych do usunięcia to też profilaktyka, bo później takie koty znacznie łatwiej zoperować – mówi dr Dariusz Jagielski. – Ale w Polsce wielu lekarzy ciągle podaje szczepionki w okolicę karku – to błąd! Nie wolno tego robić!

Czytając ten artykuł myślicie pewnie: drogo, dużo powikłań. Czy warto?

Odpowiedzmy przykładem, którym podzielił się ze mną szczeciński onkolog, Leonard Gugała: – Trafił do mnie pies z guzem w gardle. Usunąłem nowotwór, ale wiedziałem, że będzie odrastał. Asekuracyjnie zrobiłem więc od razu tracheotomię. Powiedziałem, że gdy guz odrośnie, zrobimy tracheostomię (zewnętrzną przetokę pozwalającą oddychać przez specjalną rurkę – przyp. red.) i pies będzie mógł spokojnie oddychać. Żył jeszcze siedem miesięcy w komforcie. Potem pojawiły się przerzuty i któregoś dnia opiekunowie zdecydowali, że czas ulżyć jego cierpieniom… Potem dostałem od nich śliczne zdjęcie psa z napisem: „Dziękujemy za siedem miesięcy życia”. To było coś fantastycznego!

Maciej Sas

Zapisz

Zapisz

O AUTORZE

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Nie przegap nowych porad!

Wyślemy Ci email z nowymi artykułami.

Popularne

PRZECZYTAJ WIĘCEJ CIEKAWYCH ARTYKUŁÓW

Szkolenie

Mata węchowa dla psa

Matę węchową każdy może zrobić sam i wykorzystywać ją w każdym miejscu i wielu sytuacjach.

Szkolenie

Oswajanie lękliwego psa z ludźmi

Gdy spotykamy znajomego z psem, zwykle podchodzimy energicznie i witając się, nachylamy się nad psiakiem, aby go pogłaskać. Lękliwy pies takie zachowanie potraktuje jak atak.

RASY PSÓW

Foxhound angielski
Saarlooswolfhond
Wetterhoun
Field spaniel
Elkhund szary
Lakeland terrier
Grand basset griffon vendeen
Łajka jakucka

newsletter

Otrzymuj informacje
o najnowszych poradach prosto do swojej skrzynki

Podaj swój adres