kto-kogo-zaraza

Kto kogo zaraża?

Panie doktorze, zaraziłem się od psa! A może to on zaraził się od Ciebie? Sprawdziliśmy, czy rzeczywiście ludzie i ich pupile mogą sobie szkodzić tak mocno, jak niektórzy sądzą. 

Do lecznicy przyszedł raz człowiek z wesołym, zadbanym czworonogiem. Przywitał się z lekarzem i poprosił, by ten… uśpił jego zwierzę. Dlaczego? Bo pies miał na skórze gronkowca złocistego. To prawdziwa historia, którą opowiedział mi dr hab. Jarosław Król z Katedry Mikrobiologii Wydziału Weterynaryjnego Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Czy spełnił prośbę pacjenta? – A skąd! – ucina krótko. – Wszystkie zdrowe ssaki mają na skórze gronkowce różnych szczepów. Gdybym teraz zrobił panu wymaz z jamy ustnej, też bym je znalazł, choć w niedużej liczbie, bo one nie potrafią przełamać mechanizmów obronnych skóry – wyjaśnia naukowiec.

Nie znaczy to oczywiście, że bakterie i inne mikroorganizmy, które żyją na psie (czy innym zwierzęciu domowym), nie są w stanie nam zaszkodzić. Mogą to zrobić, ale żebyśmy zachorowali, musimy się postarać. I jeszcze jedno – nie tylko pies może nam coś „podarować”. Równie dobrze to my możemy „sprzedać” mu chorobę.

Czy można zarazić się od psa

Wywołaliśmy temat bakterii, więc rozprawmy się najpierw nimi. Na sierści zwierząt i w ich organizmach żyje wiele gatunków podobnych do tych, które są typowe dla ludzi. I wiele  identycznych, jak gronkowce, paciorkowce, pałeczki jelitowe. – Z moich badań wynika, że u psów mieszkających z ludźmi w domu częściej występują bakterie ludzkie, a u podwórzowych takie jak u zwierząt gospodarskich – mówi dr hab. Jarosław Król.

A zatem, czy powinniśmy się obawiać, jeśli nasz pies ma zakażenie wywołane gronkowcem? – Na ogół nie, bo u psów dominuje Staphylococcus pseudintermedius, a u ludzi aureus, czyli gronkowiec złocisty, ale może też być na odwrót. Nawet jeśli pies ma zakażenie związane z gronkowcem złocistym, typowym dla człowieka, wcale nie jest powiedziane, że nas zakazi – uspokaja lekarz. Wszystko zależy nie tylko od gatunku bakterii, ale też od innych czynników: dawki (jak dużo tych bakterii przeniosło się z psa na człowieka), drogi zakażenia (czy był to tylko dotyk powierzchni ciała) i – przede wszystkim – stanu naszego układu odpornościowego.

Jeśli ten działa prawidłowo, powinien poradzić sobie z mikrobami. Najbardziej niebezpieczne – jak mówi weterynaryjny mikrobiolog – są zakażenia, do których dochodzi wskutek pokąsania przez psa, bo wtedy bakterie trafiają od razu do naszego krwiobiegu, z pominięciem mechanizmów ochronnych naszej skóry. Zresztą, również pies najbardziej narażony jest na zakażenie, gdy zostanie pogryziony przez innego psa.

Są jednak osoby, które powinny być czujne nawet wtedy, gdy nie dojdzie do pogryzienia. To przede wszystkim małe dzieci, ludzie starsi, schorowani, tacy, którzy przeszli właśnie chemioterapię czy leczenie antybiotykami. Ich układ immunologiczny jest osłabiony, więc nie powinny mieć kontaktu z psem cierpiącym na zakażenie, np. ucha. Banalne? Pozornie. Okazuje się, że niektórzy sami kuszą los

– Starsi ludzie często mają na nogach zmiany wskazujące na zaburzenia krążenia krwi, np. otwarte owrzodzenia. I nierzadko zdarza się, że dają je psom do polizania „żeby się szybciej goiły”. W takiej sytuacji musi dojść do zakażenia, bo układ immunologiczny chorych nie działa w pełni sprawnie – skóra jest uszkodzona. Nieuszkodzona zatrzymałaby bakterie – tłumaczy dr hab. Jarosław Król.

Profesor Andrzej Gładysz z Kliniki i Katedry Chorób Zakaźnych, Chorób Wątroby
i Nabytych Niedoborów Odpornościowych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu podpowiada, że jest jeden arcyskuteczny sposób na uniknięcie potencjalnych kłopotów: trzeba po każdym kontakcie z psem – jego sierścią czy językiem – dokładnie umyć ręce. Nic więcej…

Profesor przestrzega też przed czułym całowaniem psów. To kiepski pomysł nie tylko ze względu na nasze bezpieczeństwo. – My też mamy w jamie ustnej bardzo inwazyjne drobnoustroje, jak meningokoki czy pneumokoki, które dla zwierzaka mogą być niebezpieczne, bo są dla niego obce. Co prawda pies jest odporny, ale w chwili osłabienia odporności może mieć kłopoty – przestrzega były konsultant krajowy do spraw chorób zakaźnych. Znane są przypadki, gdy w ten sposób człowiek zakaził swojego psa gruźlicą.

Zmyślne wirusy

Mniej groźne od psich bakterii są dla człowieka wirusy, które żyją na naszych zwierzętach. Dlaczego? – Wirus dąży do zagnieżdżenia się w komórce i musi mieć przy tym odpowiednie warunki. Inne są też drogi transmisji: do zakażenia często dochodzi drogą powietrzną. Poza tym w ślinie i naturalnych wydzielinach jest więcej enzymów chroniących przed inwazją popularnych wirusów – wyjaśnia prof. Andrzej Gładysz.

– Choć nie studiowałem tego dokładnie, zakładam, że podobnie jest w płynach ustrojowych zwierząt. Gdyby było inaczej, mielibyśmy wysyp zakażeń wirusowych. A to rzadko się zdarza – dodaje. Przestrzega jednak, byśmy nie tracili czujności. Bo w przyrodzie nic nie jest stałe. Najlepiej ilustrują to przypadki dwóch typowo zwierzęcych (choć nie psich) wirusów, które przełamały barierę międzygatunkową i „pokochały” ludzi.

– Pierwszy z nich to SARS pochodzący od chińskich cywet (małych ssaków drapieżnych), który „skumał się” z koronawirusem ludzkim (powodującym zapalenie naczyń wieńcowych) i zaczął nam szkodzić – mówi wrocławski zakaźnik. – Podobnie jest z wirusem od wielbłądów. MERS atakuje ludzi, odkąd modne stały się przejażdżki wielbłądem. Turyści przytulali się, całowali wielbłądy. A one mają kolonię swoich wirusów, które nawet przy drobnym zadrapaniu skóry mogą być groźne dla człowieka.

Niechciane grzybobranie

Kolejną grupą organizmów, którymi mogą się „obdarzyć” człowiek i jego pies, są grzyby. – Znam pracę na temat grzyba Candida, z której wynika, że częściej człowiek przekazuje go psu niż na odwrót, choć zdarza się, że zaraża pies. Na grzybicę narażone są głównie dzieci – mówi dr hab. Jarosław Król.

Szczęście w nieszczęściu, że u psa łatwo ją wykryć. Gorzej jest z kotami, które, jak podkreśla mikrobiolog, są zwykle nosicielami, ale nie zdradzają żadnych objawów choroby. Jarosław Król podkreśla, że grzybicę (ale też groźne bakterie) „łapią” szczególnie psy cierpiące na alergię.

Prof. Gładysz dodaje, że grzyby to trudny przeciwnik, który mocno zagnieżdża się w tkance, więc trudniej się go pozbyć. – Konsekwencje są poważne: grzyby mechanicznie działają na podłoże (skórę – i człowieka, i psa), a ich substancje toksyczne działają na tkankę, powodując zapalenie. To są zmiany trwałe, trudne do usunięcia – mówi.

Co gorsza, jeśli grzyb, gatunkowo przypisany zwierzęciu, przez lata ma kontakt z człowiekiem, uczy się go i zaczyna się adaptować. Z czasem rozpoznaje nasze antygeny, dopasowuje się do mechanizmów odpornościowych. I nagle przełamuje barierę gatunkową. Dlatego grzyb pozornie niegroźny dla człowieka, może stać się groźny po kilku latach mieszkania człowieka z psem pod jednym dachem.

Wróg pozornie znany

Tych, którzy mieszkają z psem (czy kotem), na baczność stawia też termin toksokaroza. To choroba wywołana przez glistę psią lub kocią (trzeci gatunek psio-koci nie jest groźny dla ludzi).

Larwa wykształca się po 2-4 tygodniach od chwili wydalenia jaj z psiego organizmu. – Groźniejsza jest więc stara psia kupa niż świeża – tłumaczy dr Andrzej Połozowski, parazytolog z Wydziału Weterynarii Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. – W organizmie człowieka larwa nie osiąga postaci dorosłej, ale może poważnie uszkodzić wątrobę czy dno oka. Gdy tam się otorbi, trzeba stosować skomplikowane leczenie.

Glistą psią szczenię zaraża się już w macicy suki. Co ciekawe, koty zawsze rodzą się zdrowe… Glisty lokalizują się zwykle w tkance tłuszczowej w okolicy nerek. – U samca to ślepa uliczka – nie mogą zrobić nic więcej. U suki aktywują jej hormony ciążowe. Część larw wędruje do macicy i przenika do płuc lub wątroby płodu, gdzie w tej postaci czeka na rozwiązanie.

Po porodzie larwy potrzebują dwóch tygodni, by przekształcić się w dorosłe osobniki – tłumaczy dr Połozowski. – Dlatego w ciągu pierwszych trzech tygodni życia trzeba koniecznie odrobaczyć szczenięta, bo potem jaja glist pojawią się w ich kale. Ktoś mówi, że odrobaczy maluchy tuż przed sprzedażą, trzeba jednak wiedzieć, że zwierzę, które żyje w zagliszczonym środowisku, tarzając się, gromadzi jaja w okrywie włosowej. Tam mają one idealne warunki – dostęp tlenu, odpowiednią temperaturę i wilgotność, by przetrwać.

Człowiek głaszcze psa, a potem łyka jaja.

Wrocławski parazytolog zwraca uwagę na to, że badania psiego kału często niczego nie wykrywają. Ale niebezpieczne niespodzianki kryją się w okrywie włosowej psa. – W Anglii, która słynie z kultury hodowli psów, przebadano je pod tym kątem. Okazało się, że co czwarty miał w okrywie włosowej jaja glist! – mówi dr Połozowski.

Dlatego każdy pies powinien zostać odrobaczony w drugim tygodniu życia. Aż do szóstego miesiąca zabieg należy powtarzać co trzy tygodnie, a później co kwartał. Jak więc upewnić się, że nasz nowy pies został właściwie odrobaczony? – Hodowca, od którego kupujemy zwierzę, powinien przekazać nam książeczkę zdrowia szczeniaka z pieczątką lekarza weterynarii i nazwą użytego preparatu (wklejka z leków się nie liczy) – instruuje.

I jeszcze jedno – zabierając dziecko do otwartej piaskownicy, uważajmy, co malec robi. Często w piasku załatwiają się psy i koty. Wystarczy chwila, by jaja pasożyta wylądowały w jego buzi… I bezwzględnie po każdej takiej zabawie pamiętajmy o dokładnym myciu rąk.

Cwany pierwotniak

Czyste ręce są też jedną z podstawowych metod chronienia się przed giardią (lamblią), chyba najsprytniejszym mikroorganizmem, który dzielimy z naszymi psami (kotami, szynszylami i innymi zwierzętami domowymi). To pierwotniak, który chętnie osiedla się w jelicie cienkim. Gdy po 4-16 dniach rozgości się tam na dobre, zaczyna z kałem siać cysty, czyli formy przetrwalnikowe mogące zarazić innych domowników.

I to wszystkich, bo pierwotniak mający genotyp ludzki nie pogardzi też nowym siedliskiem w jelitach kota, psa itd. Z biegiem czasu giardia dostosowuje się znakomicie do nowego żywiciela. – Problem polega na tym, że większość gatunków zwierząt jest zarażana dwoma genotypami giardii, zwanymi ludzkimi.

Czyli z jednej strony giardiozę uważamy za zoonozę, czyli chorobę odzwierzęcą, a z drugiej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że genotypy ludzkie zarażają największą liczbę zwierząt, wypadałoby powiedzieć, że to choroba odludzka, czyli humanoza – śmieje się dr Andrzej Połozowski, parazytolog zwierzęcy.

Przez ludzkiego pierwotniaka cierpią zresztą nie tylko psy. Na potwierdzenie dr Połozowski przywołuje badania, jakie przeprowadzono na jednym z uniwersytetów weterynaryjnych w Stanach Zjednoczonych. Zbadano dwa stada bydła. Z jednym studenci nie mieli kontaktu w czasie zajęć, jedynie czasem przepędzali je z miejsca na miejsce. W tym stadzie nie znaleziono giardii. W drugim, które było użytkowane na potrzeby dydaktyki, znaleziono giardie i to genotyp ludzki!

Dlaczego ta choroba jest tak groźna? Po pierwsze, z powodu swoich skutków, które najbardziej dają się we znaki młodym organizmom. Należy do nich niedobór masy ciała i wolniejszy rozwój narządów wewnętrznych. – A to musi wpływać na rozwój intelektualny i psychiczny – nie ma wątpliwości dr Andrzej Połozowski. – Tak jest i u ludzi, i u psów. Zwierzę, które przez całe dzieciństwo cierpiało na giardiozę, będzie słabym osobnikiem w dorosłym życiu. Może mieć problem z osiągnięciem takiego rozwoju fizycznego i emocjonalnego, jakiego byśmy się spodziewali – ostrzega.

Druga sprawa to właściwa diagnoza. Przy tak niespecyficznych objawach, jak niedobór masy ciała, mówi się, że ktoś jest niejadkiem albo ma za mało żelaza.
– Najpierw lekarz zaleca uzupełnienie niedoborów, a dopiero gdy to nie pomaga, szuka przyczyny gdzie indziej. W końcu wpada na pomysł, że winny jest pasożyt. Przegląd zaczyna od najpopularniejszych. Najtrudniej namierzyć „sprawcę”, którego się nie zna – wyjaśnia parazytolog.

Potwierdza to prof. Andrzej Gładysz: – Diagnostyka giardiozy jest u nas kiepska. Niewielu mamy specjalistów, którzy potrafią ją rozpoznać. Często jest mylona z innymi chorobami – mówi znany zakaźnik. Jakie są objawy zakażenia giardią? Zazwyczaj bywają podobne do niestrawności. Mówimy wtedy: „zjadłem coś nieświeżego”. – Mylące jest też to, że objawy są nieregularne. Ludziom wydaje się, że to nie może być pasożyt, bo on musiałby cały czas powodować objawy – wyjaśnia wrocławski lekarz weterynarii.

Jak więc wykryć giardię?

Jeszcze kilka lat temu trzeba było wprawnego oka, odczynników, dobrego mikroskopu i trzech próbek kału. A i tak bywało, że nie udało się zidentyfikować szkodnika, bo akurat nie wysiewał cyst. Od kilku lat jest to znacznie prostsze – wystarczy próbka i specjalny test wykrywający białko. Powstaje ono, gdy tworzą się cysty, złuszcza się samoistnie i jest obecne nawet wtedy, gdy w kale nie ma cyst. Wystarczy chwila i już wiemy: pies ma giardię. Co wtedy?

– Jeśli w domu u kogokolwiek pojawiła się giardioza, powinno się zbadać i leczyć wszystkich: ludzi, psy i koty – podpowiada prof. Andrzej Gładysz. – Bo giardia to nieskomplikowany organizm, który jednakowo „kocha” wszystkich w rodzinie… Konieczna jest także dezynfekcja legowiska zwierząt oraz kociej kuwety. Dr Połozowski dodaje, że do diagnostyki trzeba użyć testu odpowiedniego dla danego gatunku, nie można więc człowieka zbadać testem dla psów.

– Im bliżej człowiek żyje ze zwierzęciem, tym większa możliwość wymiany pasożytów. Unikam wyjaśnień, kto się od kogo zaraził giardią, to bardzo trudno stwierdzić – mówi parazytolog.
Co ważne, łatwo się jej pozbyć, przy czym zwierzęta łatwiej wyleczyć niż ludzi. Terapia trwa 3-5 dni w zależności od tego, jakie tabletki podajemy. – Są nawet środki, które stosuje się, gdy mamy do czynienia ze szczepem giardii opornym na standardowe leki – podpowiada dr Połozowski – oraz preparaty dla kobiet w ciąży.

Przede wszystkim jednak powinniśmy zadbać o to, by giardia miała jak najmniej okazji do zawładnięcia naszym domem. – Trzeba wprowadzić odpowiednie procedury i przestrzegać ich na co dzień – podkreśla prof. Andrzej Gładysz. – Skórę należy myć po każdym kontakcie ze zwierzęciem. Poza tym, gdy mamy i dziecko, i psa, powinniśmy zaprzyjaźnić się z odkurzaczem i codziennie odkurzać wszystkie zakamarki. Prawda, że to proste?

Giardia a zwierzęta miejskie

Dr Andrzej Połozowski, parazytolog z Wydziału Weterynarii Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu: Przeprowadzaliśmy badania psów i kotów miejskich z Wrocławia. Interesowały nas dwie grupy zwierząt: cierpiące na biegunkę oraz mające prawidłowy stolec i normalny apetyt przy jednoczesnym niedoborze masy ciała. Wśród psów do szóstego miesiąca życia aż 60 proc. stanowiły osobniki zarażone giardią.

W grupie czworonogów w wieku 6-24 miesiące następował spadek liczby zakażeń do 20 proc., a powyżej dwóch lat – do 4,5 proc. A u kotów? Co trzeci maluch miał giardię w organizmie. U starszych nie zmieniało się to tak gwałtownie, jak w przypadku psów. Dlaczego? Koty miejskie cały czas przebywają w pomieszczeniach zamkniętych, a trudno jest wydezynfekować z cyst giardii całe mieszkanie.

Terapia może się więc okazać skuteczna tylko na chwilę. Po jakimś czasie problem wraca, bo cysty ze źle zdezynfekowanej kuwety znowu mogą zarazić kota. W przypadku zwierząt wychodzących z domu (jak psy) i wypróżniających się na zewnątrz, osiągamy bardziej spektakularne sukcesy.

Maciej Sas

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

O AUTORZE

PRZECZYTAJ WIĘCEJ CIEKAWYCH ARTYKUŁÓW

Szkolenie

Oswajanie lękliwego psa z ludźmi

Gdy spotykamy znajomego z psem, zwykle podchodzimy energicznie i witając się, nachylamy się nad psiakiem, aby go pogłaskać. Lękliwy pies takie zachowanie potraktuje jak atak.

Babeszjoza i boreljoza u psów
Polecane

Babeszjoza i borelioza u psów

Wiosną wygłodzone kleszcze ruszają do zmasowanego ataku na nasze psy. Nawet w lutym gdy nie ma mrozu mogą już atakować.

RASY PSÓW

Owczarek szkocki collie
Buldog francuski
Basenji
Grupa 2 FCI: Pinczery i sznaucery, molosy, szwajcarskie psy górskie i do bydła, pozostałe rasy
Parson russel terrier
Owczarek rumuński – karpatin
Komondor
Podengo portugalski
Owczarek staroangielski bobtail
Owczarki belgijskie

newsletter

Otrzymuj informacje
o najnowszych poradach prosto do swojej skrzynki

Podaj swój adres