środa, 22 listopada 2017

Zwierzę sceniczne

2 listopada 2017 07:05 1 komentarz

Ten straszny zwierz

Człowieka można nauczyć psich obyczajów. Paweł Palcat z legnickiego teatru, sceniczny właściciel Śnieżki, poradził sobie z tym świetnie. Ale zdarzają się kłopoty. Bo co zrobić, gdy ktoś z zespołu panicznie boi się psa? Do takiej sytuacji doszło w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, gdzie Wena, Kolo i Santos stanęły oko w oko z człowiekiem, który cierpi na kynofobię. Igor Stokfiszewski, dramaturg i współscenarzysta przedstawienia przyznaje się do tego otwarcie. A przecież musiał być na każdej próbie. Jak sobie z tym poradził, wyjawił Tatianie Drzycimskiej w rozmowie dla teatralnego portalu: „Na początku rzeczywiście bałem się trójki naszych psów – Santosa, Kola i Weny – miałem poczucie ich wrogości, miałem wrażenie, że są do mnie źle nastawione, starałem się więc ich unikać. Wzbudzały we mnie poczucie dyskomfortu. Potem zacząłem to w sobie przezwyciężać. Z jednej strony poprzez praktykę bycia z nimi i budowania relacji, z drugiej, poprzez realizację zadania, jakim było podniesienie swoich kompetencji, jeśli chodzi o wiedzę na temat psów – ich zachowań, psychiki. Przeszedłem nawet rodzaj chrztu bojowego, kiedy podczas jednej z improwizacji wcieliłem się w rolę myśliwego, który strzela z broni hukowej. Psy oczywiście rzuciły się w moim kierunku. To było dla mnie bardzo mocne przeżycie, bardzo się wtedy bałem, ale fakt, że tego doświadczyłem (…) i potrafiłem przezwyciężyć w sobie panikę, sprawił, że nabrałem odwagi, (…) jakiś rodzaj lęku się we mnie przełamał”. Przez cały czas był obok trener psów, Krzysztof Tatar, ale dla kogoś, kto panicznie boi się psa, takie zabezpieczenie to niewiele… Co ważne, przedstawienie mówiące o trudnych relacjach zwierząt z ludźmi zostało przyjęte entuzjastycznie. – Byłam na tyle wstrząśnięta tym, co zobaczyłam w teatrze, że od siedmiu miesięcy nie jem mięsa. To ważne, że po tylu latach pracy w zawodzie sztuka może mieć taki wpływ na moje życie – mówi Maria Czykwin, była aktorka Współczesnego. Zresztą, sama ma na koncie współpracę z inną psią gwiazdą – Omarem, z którym wystąpiła w przedstawieniu „Pasażerka”. To były trudne role, bo Omar musiał… się na nią rzucić. – Nie obawiałam się ani przez moment, bo nie boję się psów, a poza tym on jest championem, jeśli chodzi o posłuszeństwo. To wyjątkowo mądre zwierzę – podkreśla aktorka.

Od kulis

„Pasażerka” to historia rozgrywająca się na transatlantyku, który po II wojnie światowej płynie do Ameryki Południowej. Na jego pokładzie są młoda Niemka i jej dużo starszy mąż, który nie wie, że żona była w kobiecych oddziałach SS i pełniła służbę w obozie koncentracyjnym. Na statek wsiada też młoda Polka, której Niemka w czasie wojny uratowała życie. – Reżyser Natalia Korczakowska wymyśliła, że na pokładzie będzie owczarek niemiecki (ulubiony pies esesmanów), który w pewnym momencie rzuci się na Polkę, czyli na mnie. To będzie przełom, który przypomni Niemce wojenne wydarzenia. W tym momencie zawiąże się akcja przedstawienia – opowiada Maria Czykwin. Jak to wyćwiczyć, żeby wyglądało wiarygodnie, ale by przy okazji nikt nie ucierpiał? Najpierw Omar na sygnał tresera rzucał się na gryzak, który aktorka trzymała w ręce. Potem zamieniono zabawkę na pasek kobiecej torebki. – Na scenie Omar miał się rzucić właśnie na pasek, a nie na mnie, chociaż z pozycji widza wyglądało to inaczej. Ja musiałam jedynie wypuścić torebkę w odpowiednim momencie – odsłania kulisy teatralnej pracy Maria Czykwin. Scenę, w której pies atakuje aktora, możemy też zobaczyć w spektaklu „Burza” bydgoskiego Teatru Polskiego. Dziesięcioletni Kenzo, owczarek niemiecki, wywiązał się z zadania znakomicie, demonstrując agresję w wyćwiczony, bezpieczny sposób. Natomiast pewien niepokój mógł czuć na scenie Tadeusz Ratuszniak, który wciela się w jedną z głównych ról w „Kotlinie”. – Moja sytuacja nie była najtrudniejsza. Bardziej zagrożony był kolega, który w spektaklu strzela z pistoletu hukowego. To na niego był zły Santos. W moim przypadku niebezpieczeństwo wynikało z tego, że byłem ubrany jedynie w… buty, a wszystkie części ciała znajdowały się w zasięgu zębów psa – śmieje się aktor Teatru Współczesnego we Wrocławiu. – Na szczęście wszystkie trzy czworonogi zostały dobrze wyszkolone. Patrzyłem, jak Krzysiek Tatar się nimi zajmuje. Widziałem, że potrzebne jest zdecydowanie, jasny komunikat dotyczący tego, co chce się zrobić na scenie – wyjaśnia.

Co jest do zagrania?

W większość przypadków reżyserzy nie dają psim aktorom wymyślnych zadań – zwykle zwierzęta  muszą po prostu być. – Niestety Lulu, która od początku grała w „Zaświatach…”, ponad dwa lata temu zmarła na raka. Cieszę się, że zdążyła zagrać w przedstawieniu. Była niezwykle spokojnym, łagodnym psem ze schroniska, kundlem o niezwykłej inteligencji. Jej udział w spektaklu polegał na towarzyszeniu aktorom na scenie. To oni dostosowywali się do niej, a nie odwrotnie. Nigdy nie była szkolona, a mimo to nas słuchała – chwali talent swojej podopiecznej Maria Seweryn. Podobne zadanie miały również Śnieżka w teatrze w Legnicy oraz dwa piękne charty w „Fedrze” wyreżyserowanej  w Teatrze Narodowym przez Maję Kleczewską. Tak opowiadała ona o swoich aktorach trzy lata temu „Gazecie Wyborczej”: „Mamy dwa charty rosyjskie, często jeżdżą na wystawy, więc są przyzwyczajone do tego, że muszą stać bez ruchu, a w tym czasie ktoś je ogląda. Kiedy publiczność wchodzi na widownię, Fedra, czyli Danuta Stenka, stoi już na scenie z psami. Rozmawiając z hodowcą prosiliśmy, żeby wybrał nam te najbardziej leniwe i takie, które nie przestraszą się ludzi, nie będą reagowały na zaczepki”. Okazuje się, że nawet lenistwo można zagrać pięknie… Widzów przekonały o tym także dwa charty polskie, Lupus i Feta, które grają w „Halce” w Operze Narodowej. Przez 90 minut wchodzą na sofę, leżą na niej albo dostojnie przechodzą między aktorami. O wiele ambitniejsze zadanie dostały Toffik i Pata w „Królowej Margot” (również Teatr Narodowy). W jednej scenie muszą pokazać, jak silna jest ich więź z królem Karolem, wbiegają więc radośnie na scenę. Gdy rozstrzyga się, czy dojdzie do wojny, mają grzecznie siąść lub iść przy nodze. – Druga scena jest mocniejsza. Król bawi się z nimi, a one skaczą przez krzesła, turlają się, pokazują sztuczki, mój pies szczeka – opowiada Agnieszka Penkala. – Potem, podczas rozmowy, muszą usiąść przy królu i doczekać spokojnie do końca sceny. Wreszcie jeden z nich wchodzi z monarchą, który niesie zatrutą księgę. Zdradzę, że w księdze jest masło, a widzowie widzą, że pies oblizuje okładkę. Potem gra już tylko trupa, bo wiadomo, że został otruty – dodaje. Mądre rhodesiany w odpowiednim momencie same schodzą ze sceny. Znakiem jest dla nich uniesienie księgi przez króla – Marcina Hycnara.

Pages →  1 2 3

Zwierzę sceniczne Reviewed by on . Ten straszny zwierz Człowieka można nauczyć psich obyczajów. Paweł Palcat z legnickiego teatru, sceniczny właściciel Śnieżki, poradził sobie z tym świetnie. Ale Ten straszny zwierz Człowieka można nauczyć psich obyczajów. Paweł Palcat z legnickiego teatru, sceniczny właściciel Śnieżki, poradził sobie z tym świetnie. Ale Rating: 0

komentarze (1)

  • dwbem

    dwbem

    Pamiętam jak wiele lat temu w Warszawie w operze reżyserowanej przez reżysera z Holandii występowało na scenie stado rottweilerów w tym para moich. Wiele osób się dziwiło, że dawały radę bo były to psy dorosłe, często szkolone na obronne a mimo to świetnie się zachowywały na scenie, między śpiewakami, wchodziły na scenę po usłyszeniu strzału z pistoletu. A w filmie „Poranek kojota” zagrała moja rottweilerka, która też miała już ponad 5 lat, nigdy nie była uczona sztuczek, miała POI i też potrafiła się odnaleźć między aktorami, kamerami, w obcym miejscu.

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby zostawić komentarz.

scroll to top