|
|
| Temat miesiąca |
Zgubiony, ukradziony, znaleziony... Nie tracić nadziei!
Mieszkają z nami, kochamy je, nie chcemy, by stała im się krzywda. A one czasem beztrosko uciekają, bywa, że nałogowo, narażając nas na stres, długie poszukiwania
i niemałe wydatki. Czasem trzeba dużo determinacji, by je odnaleźć.
O psach uciekinierach, ich przygodach i poszukiwaniach można by pisać książki. Gdy właściciel stwierdzi zaginięcie ukochanego czworonoga, jest zrozpaczony i bezradny. O tym, jak szukać zguby, z czym trzeba się zmierzyć i jak zaskakujący może być finał takiej rozłąki, opowiadają poniższe historie...
Przypadek Babci Ziuty
Życie jej nie rozpieszczało. Nie wiadomo, jak długo przebywała w schronisku, co się działo, zanim tam trafiła. Jedno jest pewne – ludzie musieli wyrządzić jej wielką krzywdę, bo nie miała do nich zaufania. Z psami też się nie lubiła, były jej obojętne i nie wchodziła im w drogę. Siedziała cicho w boksie i czekała na śmierć.
– O tym, że w warszawskim schronisku „Na Paluchu” przebywa stara i chora charcica polska, dowiedziałyśmy się od wolontariuszy z organizacji „Charty w potrzebie”, którzy wyszukują w przytuliskach psy w typie tej rasy i starają się dla nich o nowy dom – mówią Izabela
i Małgorzata Szmurło, obecne opiekunki Babci Ziuty. – Zrobiłyśmy wszystko, żeby zabrać ją z tego miejsca i zapewnić jej spokojną starość. Kto by pomyślał, że taka z niej podróżniczka – dodają siostry.
Suka przyjechała do nowego domu w Błędowie 2 lipca i tam też dochodziła do siebie. W schronisku została zoperowana, a stan jej zdrowia, ze względu na podeszły wiek, nie był zbyt dobry. Zazwyczaj do adopcji nie oddaje się psów starych, w złej kondycji, ale tu zrobiono wyjątek z tego względu, że miała trafić do lekarek weterynarii, które od kilkudziesięciu lat hodują tę rasę i kochają charty jak mało kto. Pod troskliwym okiem hodowczyń samopoczucie i wygląd suczki poprawiały się z dnia na dzień. Po kilku tygodniach była tak sprawna, że zaczęto ją wyprowadzać na spacery w towarzystwie mieszańca Bigielki.
– Doskonale się dogadywały, młoda koleżanka była motorem napędowym dla sędziwej, schorowanej charcicy. Dzięki niej Babcia Ziuta nabrała wigoru – mówi jedna z opiekunek. – Zaczęłyśmy je spuszczać razem na spacerach, zawsze wracały na zawołanie. W połowie sierpnia ta sielanka niestety się skończyła... Bigielka poczuła zew i poszła w pole,
a charcica za nią. Stara, koślawa, a biegła jak szalona, głucha na wołanie – wspomina ze smutkiem Małgorzata Szmurło.
Charcica na gigancie
Poszukiwania zaczęły się od razu.
W związku z tym, że w hodowli zawsze jest wiele osób, zmobilizowano wszystkich. Psów szukano konno, rowerami, pieszo i samochodem. Ani śladu... Po trzech godzinach wróciła Bigielka. Sama.
– Przeszukaliśmy całą okolicę, krzak po krzaku. Bez rezultatu – mówi Izabela Szmurło. – Powiadomiliśmy też znajomych, którzy mieli się rozglądać. Tego samego dnia trzy razy widziano charcicę w okolicy naszego domu. Mamy wrażenie, że próbowała nas odnaleźć, ale nie potrafiła – dodaje.
W ciągu czterech kolejnych dni właścicielki odbierały telefony z informacjami, gdzie przebywa suka, jednak zawsze, gdy ktoś jechał na miejsce, okazywało się, że już jej tam nie ma. Rozwieszano plakaty ze zdjęciem charcicy w całej okolicy, zataczając coraz szerszy promień. Można było natknąć się na nie nawet w środku lasu i na rzadko uczęszczanych wiejskich dróżkach. Nie sposób było nie wiedzieć, że w okolicy poszukuje się psa.
– Kiedy telefony przestały dzwonić, pomyślałyśmy, że Babcia Ziuta nie żyje – przyznaje jedna z opiekunek. – Jej wiek i stan wskazywał na to, że nie przetrwa wielu dni tułaczki bez zapewnionego jedzenia, wody i opieki. Zależało nam, żeby chociaż znaleźć ciało i mieć pewność. Zmienił się charakter naszych poszukiwań. Ekipa penetrowała teraz głównie las, wąwozy i brzegi rzeki, myśląc, że gdzieś natknie się na zwłoki suczki. Przejrzano też wszystkie przydrożne rowy. Bez rezultatu – dodaje.
Nowa nadzieja
Po sześciu dniach od ostatniego sygnału o charcicy zadzwonił telefon. Podobnego do Babci Ziuty psa widziano 20 km dalej na północ, w małej wsi. Ponoć spędziła tam całą dobę. Próbowano ją złapać, ale rozpłynęła się między krzakami. Potem weszła na czyjąś posesję, prawdopodobnie w poszukiwaniu jedzenia, lecz została stamtąd wypędzona…
– Kobieta, która ją widziała, czytała wcześniej ogłoszenie, ale zadzwoniła do nas dopiero na drugi dzień, gdy jechała do pracy – relacjonuje Małgorzata Szmurło. – Niestety o jeden dzień za późno. Pojechaliśmy tam natychmiast, ale nigdzie charcicy nie znaleźliśmy. To był jednak znak, że wciąż żyje i znajduje się w zupełnie innym miejscu, niż to, gdzie jej szukaliśmy. Tam też rozwiesiliśmy plakaty – opowiada hodowczyni.
Znów zorganizowano ekipę poszukiwawczą, która zjeździła całą okolicę. Powiadomiono nowe organy, sołtysów, lekarzy weterynarii, znajomych z tamtego okręgu. Wszyscy czuwali. Suce zapewne coraz bardziej doskwierał głód i zmęczenie, bo codziennie ktoś ją gdzieś widział, lecz nikt nie mógł jej złapać. Zazwyczaj dzwoniono do właścicielek dzień później i gdy przyjeżdżały, psa już nie było…
– Gdy po południu rozwieszałam kolejne ogłoszenia w tamtej okolicy, otrzymałam wiadomość, że godzinę wcześniej widziano ją przekraczającą zaporę w Dębem (ponad 30 km od domu) – wspomina Izabela Szmurło. – Natychmiast tam pojechałam i zobaczyłam ją idącą poboczem. Wysiadłam z auta, wołałam, ona nie reagowała. Biegłam, a ona uciekała. Byłam bezsilna – dodaje ze smutkiem opiekunka.
Uciążliwa skleroza
Pani Iza poprosiła domowników o wsparcie. Wiedziała, że suka żyje i nie może jej stracić z oczu po tylu dniach wyczerpujących poszukiwań. Wsiadła do samochodu i powoli wjechała na boczną drogę, którą teraz biegła Babcia Ziuta. Gdy się zatrzymała, charcica czmychnęła w las. Pół godziny penetrowała pobliskie zarośla, ale po uciekinierce nie było śladu. Po chwili dojechał do niej siostrzeniec Bartek, również zaangażowany w akcję. Przez trzy kolejne godziny przeszukiwali las w promieniu 10 km. Wreszcie chłopak wypatrzył suczkę między krzakami. Leżała nieruchomo, jakby chciała przeczekać obławę i później ruszyć dalej. Gdy podszedł bliżej, cofnęła się… A przecież go znała, pracował nad jej psychiką, wychodził z nią na spacery. Ziuta nie pamiętała go, nie poznawała głosu Izy, instynkt kazał jej iść naprzód i unikać obcych. Takie zachowanie można było tłumaczyć jedynie amnezją lub starczą sklerozą.
– W normalnych przypadkach psi uciekinierzy starają się gdzieś „zakotwiczyć” – mówi Izabela Szmurło, która jako lekarz weterynarii od lat ma kontakt z bezdomnymi czworonogami. – Zazwyczaj dłużej pozostają w okolicy sklepów, szkół czy wiejskich gospodarstw, gdzie mogą liczyć na jakieś jedzenie – dodaje. Ziuta jednak cały czas szła do przodu, jakby pchana instynktem powrotu do domu, ale niestety obrała zły kierunek.
W końcu Bartek złapał sukę i wspólnie wrócili do domu. Była wyczerpana i mocno spanikowana. Dopiero w samochodzie zaczęła reagować na głosy opiekunów.
– W domu musiała poznać wszystko od nowa. Zachowywała się, jakby była u nas pierwszy raz. Dopiero przykryta kocem odespała dwa tygodnie tułaczki – mówi pani Iza, drapiąc Babcię Ziutę za uchem. Od tamtej pory charcica nie jest już spuszczana ze smyczy.
Przypadek Didiera
Didier to arystokrata. Rodowodowy siberian husky, z wyśmienitym pochodzeniem i wrodzoną żyłką poszukiwacza przygód.
– Już od pierwszego dnia, gdy do nas przyjechał, koncentrował się na tym, jak opuścić działkę i pójść w teren – wyznaje właściciel niesfornego pupila, Juliusz Wiśniowolski. – Pomysłów na to miał wiele i zawsze był o krok przed nami w wymyślaniu sposobów na ucieczkę – dodaje.
Jak większość husky, Didier musi biegać. I chociaż ma do dyspozycji dużą działkę, potrzebuje czegoś więcej. Lubi też przygody, a w zasadzie wędrówki po Łomiankach – miasteczku, w którym mieszka. Scenariusz wszystkich ucieczek prawie zawsze wyglądał tak samo – Didier przedostawał się do sąsiadów (czasem górą, czasem dołem, na różne sposoby), oni, chcąc pozbyć się psa z podwórka, wypuszczali go na ulicę, a on szczęśliwy dawał nogę. Spacerował chodnikiem, nie spiesząc się, z właściwą sobie gracją, był przy tym dość uważny. Znali go już w straży miejskiej, skąd nieraz odbierał go właściciel. Zawsze chadzał swoimi ścieżkami, aż do tego feralnego dnia, gdy słuch po nim zaginął…
Pechowa trzynastka
Uciekł jak zawsze, przez płot do sąsiada, a potem na ulicę. Chociaż właściciel po każdym zaginięciu sprawdzał ogrodzenie, wstawiał dodatkową siatkę, zabezpieczał na dole, by pies się nie podkopał, ten jednak i tym razem znalazł jakieś wyjście. Uciekł trzynasty raz. Gdy Łucja i Juliusz Wiśniowolscy wrócili z pracy do domu, ulubieńca nie było. Nie było też żadnych po nim śladów w miasteczku, w straży miejskiej ani w okolicy. Opiekunowie ruszyli na poszukiwania, ale z marnym skutkiem.
– Powiadomiliśmy hodowcę Didiera i wszystkich znajomych – mówi pan Wiśniowolski. – Przygotowaliśmy masę ulotek, które porozwieszałem w całych Łomiankach i okolicy, nawet w Warszawie, chociaż podejrzewałem, że nie pobiegł w tamtą stronę.
Ostatni wypad husky skończył się jego kradzieżą, o czym nie wiedział właściciel. Pies został wywieziony ponad 60 km od domu. Sprawca codziennie przyjeżdżał do Łomianek do pracy i musiał wcześniej widywać Didiera na spacerach. W feralnym dniu ucieczki zauważył go, zawołał i załadował do bagażnika samochodu kombi. Zwierzak nie stawiał oporu, gdyż jest ufny i przyzwyczajony do podróży autem. Gdy trafił do nowego domu, został od razu zawieziony do lekarza weterynarii, który go zaszczepił i założył mu książeczkę zdrowia. Dostał też nowe imię – Ares. Lekarzowi nie przyszło do głowy, by zainteresować się psem, sprawdzić czip i tatuaż, bo nie należy to do jego kompetencji. Nie dotarły do niego bowiem informacje, że taki husky jest poszukiwany.
Urodzony uciekinier
Chociaż Didier przebywał na zamkniętej posesji, jego nowi właściciele szybko przekonali się o zdolnościach pupila. Na drugi dzień wydostał się i uciekł. Pobiegł do znajdującego się w okolicy gospodarstwa i zagryzł 30 kur... Nowi opiekunowie musieli zapłacić za cały inwentarz. Po tym zdarzeniu tak zabezpieczyli ogrodzenie, że pies nie miał już możliwości wydostania się. Po kilku tygodniach kłopotliwa natura husky dała im się we znaki na tyle, że postanowili go sprzedać na targu.
W tym samym czasie prawdziwi właściciele Didiera robili wszystko, żeby go odnaleźć. W poszukiwania byli zaangażowani wszyscy hodowcy rasy w Polsce, przyjaciele i sąsiedzi. Ulotki z wizerunkiem psa zostały rozwieszone w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Na portalach społecznościowych w internecie Didier miał swoje wydarzenia, anonse i podstrony. Informacja o jego zaginięciu znajdowała się na wszystkich stronach schronisk i portalach poświęconych zaginionym zwierzętom. Ogłoszenia pojawiały się cyklicznie w lokalnych gazetach.
– Wydaliśmy mnóstwo pieniędzy na te ogłoszenia, ale pomyśleliśmy, że to jedyna możliwość, żeby zwrócić uwagę osób, które mogą coś wiedzieć o naszym psie – mówi pani Łucja. W międzyczasie państwo Wiśniowolscy natknęli się na kilka innych husky, którym pomogli znaleźć dom. Co chwilę dostawali sygnały, że podobny pies błąka się tu czy tam. Zawsze jechali, sprawdzali i okazywało się, że to nie ich zwierzak. Czasem zabierali delikwenta do domu, a po jakimś czasie znajdował się właściciel.
– Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że husky są takimi włóczęgami – mówi pan Juliusz. – Okazuje się, że ta rasa to urodzeni uciekinierzy – dodaje.
Happy end
Po dwóch miesiącach ciągłych poszukiwań, w dniu ukazania się kolejnego ogłoszenia w prasie, w domu Wisniowolskich zadzwonił telefon z wiadomością, że kilka tygodni temu pracownik pobliskiego warsztatu zabierał jakiegoś husky do samochodu. Informator wcześniej nie myślał, że to kradzież, a teraz skojarzył to wydarzenie po przeczytaniu ogłoszenia.
– Od razu pojechałem do tego warsztatu, odszukałem pracownika i zapytałem, czy zabrał czworonoga – relacjonuje pan Juliusz. – Początkowo zaprzeczał, jakoby posiadał takiego psa, ale postraszony policją przyznał się – ciągnie dalej.
Właściciele niezwłocznie udali się po zwierzaka. W samą porę, bo następnego dnia miał być wywieziony na targowisko. Didier poznał swoich opiekunów, z radości skomlał i skakał ponad siatkę. Od tamtej pory już nie ucieka. Jedynym rozwiązaniem, by poskromić jego zapędy, był zakup metalowego kojca z podłogą i dachem, gdzie pies zamykany jest podczas nieobecności opiekunów.
– Didier jest bardzo aktywny, dużo biega, staramy się, by miał sporą dawkę ruchu. Prawie co tydzień jesteśmy na wystawie, to dla niego też wielka atrakcja – wyznaje pan Juliusz. – Daje nam on wiele radości i nie możemy pozwolić, by znowu coś mu się stało! – podsumowuje.
Przypadek Milki
Był wrześniowy poranek, kiedy sześcioletnia bernenka Milka wraz ze swoim panem, Zbigniewem Kołodziejskim, pojechała do znajomych w okolice Płońska. Właściciel suczki jest lekarzem weterynarii i czasem ma coś do załatwienia w terenie. Jego podopieczna od wielu lat jest przyzwyczajona do zostawania i czekania na pana, gdy ten pracuje. Tak też było tym razem. Chociaż Milka, jak przystało na berneńczyka, jest spokojnym psem i zawsze trzyma się domu, tego dnia wiedziona jakimś instynktem pobiegła w teren z drugim czworonogiem, mieszkającym na posesji. Gdy właściciel wrócił od pacjenta, trwały właśnie poszukiwania zbiegów. Po kilku godzinach odnalazł się miejscowy psiak, a bernenki nigdzie nie było.
Kolejne dni upłynęły na rozklejaniu ogłoszeń, obdzwanianiu znajomych, okolicznych lekarzy weterynarii, sołtysów, schronisk. Jako że suka zginęła na obcym dla niej terenie i nikt jej nie znał, właściciel powiadomił też listonoszy oraz nauczycieli w pobliskich szkołach, żeby poprosili dzieci o zwrócenie uwagi na takiego psa. W pierwszy weekend od zaginięcia Milki pojechał też na okoliczne targowiska, gdzie handluje się żywym inwentarzem. Wszyscy handlarze otrzymali ulotki i zostali uczuleni na okoliczność pojawienia się kogoś z podobnym psem w kolejnych tygodniach. Cała rodzina i znajomi przeszukiwali okolicę rowerami, pytali mieszkańców i w niedługim czasie wszyscy wiedzieli o zaginionym czarnym psie z białymi i podpalanymi znaczeniami.
– Reakcje ludzi były bardzo różne – wspomina Zbigniew Kołodziejski. – Jedni obiecywali pomoc, inni dziwili się, że wkładam tyle wysiłku w szukanie jakiegoś czworonoga.
Trójkolorowy pies
Kołodziejscy co jakiś czas dostawali sygnały, na które zawsze odpowiadali. Zazwyczaj dotyczyły one innych berneńczyków.
– Wszystkie psy tej rasy są do siebie podobne, a do tego dosyć mało popularne. Gdy ktoś zobaczył takiego na ulicy, a czytał wcześniej ogłoszenie, od razu dzwonił do nas – wspomina pan Zbigniew.
Mijały tygodnie, a Milki wciąż nie było. Opiekunowie nie poprzestawali jednak na poszukiwaniach.
– Dostałem informację, że gdzieś przy drodze leży nieżywy berneńczyk. Natychmiast tam pojechałem – wyznaje właściciel. – Trudno mi było poznać, czy to Milka. Wziąłem zwłoki na sekcję i okazało się, że na szczęście to nie ona – relacjonuje.
Chociaż rodzinny dom suczki znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od miejsca jej zaginięcia, opiekun co jakiś czas wracał tam, by doklejać nowe ogłoszenia.
– Chciałem, by ludzie wiedzieli, że wciąż jej szukamy – mówi. – Dawaliśmy też regularnie ogłoszenia ze zdjęciem w lokalnych gazetach w Płońsku i Ciechanowie.
Piesek ze zdjęcia
Na przełomie stycznia i lutego pan Zbigniew otrzymał telefon z informacją o psie ze zdjęcia. Dzwoniący twierdził, że we wrześniu znalazł w lesie takiego zwierzaka i się nim zaopiekował.
– Moje dzieci od razu pojechały do tych ludzi i przywiozły Milkę do domu – opowiada szczęśliwy właściciel. – Ja byłem w tym czasie na nartach i bardzo żałowałem, że nie mogłem im towarzyszyć.
Bernenka była bardzo zadbana i zdążyła już przywiązać się do nowych opiekunów. Przebywała u nich prawie sześć miesięcy i przez ten czas rodzina mocno ją pokochała. Odprowadzała dzieci do szkoły i jako jedyny pies w gospodarstwie mieszkała w domu. Okazało się, że trafiła do nich przypadkiem. Dzień po tym, jak zginęła, znalazł ją w lesie szwagier gospodarzy, szukając grzybów. Pies leżał między drzewami. Bardzo mu się spodobał, więc zabrał go do domu. Nie miał jednak warunków, by trzymać go w bloku, dlatego zawiózł na wieś, a tam, dzięki przyjaznej aparycji, zwierzak szybko zdobył sympatię domowników. Dziwi jednak fakt, że było to ponad 80 km od miejsca zaginięcia, a suczka została znaleziona niecałą dobę po ucieczce, w dobrej kondycji, niezbyt zmęczona!
– Nie uwierzę, że Milka przebiegła ten dystans, szukając domu. Biegłaby w przeciwnym kierunku. Musiałaby być wyczerpana, a podobno nie była – analizuje Zbigniew Kołodziejski. – Moim zdaniem ktoś ją przewiózł, ale dlaczego w takim razie znalazła się sama w lesie? Nie sądzę, żeby uciekła komuś, kto chciał ją zabrać… Nigdy się nie dowiemy, co wydarzyło się w ciągu tych 24 godzin – dodaje.
Dola uciekiniera
Opisane tu przypadki uznaje się za klasyczne przykłady zniknięcia czworonogów. Można z nich wywnioskować, że psy młode, rasowe i zadbane częściej padają łupem złodziei lub też częściej mają szansę znaleźć nowy dom niż osobniki stare i nieatrakcyjne, włóczące się bezpańsko. Należy też przyjąć zasadę, że gdy zniknie pupil, najważniejsze są pierwsze 24 godziny, podczas których ma szansę odnaleźć się, jeśli wciąż przebywa w okolicy. Jeżeli nie wróci, trzeba przypuszczać, że został wywieziony i poszukiwania w promieniu kilkunastu kilometrów mogą nie przynieść rezultatu. Należy je rozszerzyć. Nie można też tracić nadziei na odnalezienie ulubieńca. Jak widać, wielka determinacja opiekunów zazwyczaj zostaje nagrodzona.
Żaneta Żmuda-Kozina
Klubowicze, którzy czytali ten artykuł:
Wasze komentarze: Dodaj nowy
| |
|
Belle 12:02 | 29-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Niestety na własnej skórze przeżyłam utratę 9 miesięcznej
suni. Mieszkamy w, wydawałoby się, spokojnej, bezpiecznej
dzielnicy. Któregoś dnia, latem, wypuściliśmy, jak co dzień,
naszą małą bullterrierkę do ogrodu. Mama odeszła od okna -
dzwonił telefon. Gdy po kilku chwilach wróciła, psa nie było
już o ogrodzie. Jak ustaliliśmy, została nam wykradziona z
ogrodu! Sąsiedzi nawet widzieli, jaki to byłsamochód.
Niestety... mimo plakatów i rozesłanych informacjach po
weterynarzach nie udało się nam jej odnaleźć :( Pies był
rodowodowy, miał tatuaż. Nic nie pomogło. Rozpacz była
ogromna...
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
Justynax92 10:35 | 16-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Droga Redakcjo, bardzo podobał mi się artykuł. Jest bardzo przydatny i wzruszający. Najpierw kilka słów na temat przedstawionych historii. Dwa z nich, śledziłam na bieżąco. O jednym zdarzeniu, wiedziałam z portalu, a druga historia, działa się blisko mojej miejscowości. Bardzo im kibicowałam, i na szczęście nie doszło, do żadnej tragedii, bo strata przyjaciela, to właśnie tragedia. Sama jej doświadczyłam. Także wiem, że po części to była moja wina. Mój poprzedni pies, wybrał się na spacer, niestety sam i nie wrócił. Pamiętam, swoją rozpacz i rodziny. Pies miał obrożę, ale bez adresówki. Zawiadomiliśmy wszystkich sąsiadów o zaginięciu psa, oczywiście rozwiesiłam plakaty. Najgorsze było czekanie, na jakiekolwiek wiadomości. Nie spałam całą noc. Martwiałam się, czy coś mu jest, czy jest mu zimno, czy żyje.
Nerwowo patrzyłam się w telefon, ale długo nie dzwonił. Po tygodniu rodzina straciła wiarę, że psiak wróci, a ja wierzyłam, że jeszcze psa zobaczę, przytulę, nawet na krzyczę, ale na pewno któraś z tych czynności zrobię. Byłam zła na siebie, na rodzinę, że pies mógł wychodzić kiedy chciał za bramę podwórka, za to, że nie był wykastrowany i pewnie uciekł do jakiejś panny. Nie chciałam, by psu stała się krzywda, a sama na to pozwoliłam. Nasłuchałam się wielu ludzi, że to tylko pies. Byłam zła, że tak myślą, bo dla mnie pies to przyjaciel! Lepszy od człowieka. Gdy już traciłam wiarę w otaczający mnie świat i w ludzi, zadzwonił telefon! Mój mały przyjaciel był u jakiejś Dobrej Kobiety, która przygarnęła go. Do końca życia, nie odwdzięczę się tej osobie.
Dostałam bardzo dobrą nauczkę i choć Lukiego, już od dawna ,nie ma już ze mną, to obecne psy zabezpieczyłam przed takimi tragediami. Posiadają adresówki, w nieznanych terenach są na smyczy, i staram się by mi na tyle ufały, żeby nie chciały uciec, czy po prostu pozwiedzać. W dobie obecnych czasów, internet bardzo pomaga, przy takich sytuacjach. Coraz więcej osób, chce pomóc i wysyła wiadomość o zaginionych psach, swoim znajomym. A im więcej ludzi wie o zaginięciu, tym pies ma większe szanse na przeżycie i znalezieniu się. Nie ma co się oszukiwać, pies może bardzo cierpieć nie tylko psychicznie, ale także fizycznie, po takim włóczęgostwu.
Nie można tracić wiary, ani poddawać się. Trzeba wierzyć w dobro i rozsądek ludzi, a nasza determinacja zostanie nagrodzona powrotem pupila.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
Aneczka123 07:48 | 11-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Artykuł bardzo mnie wzruszył. Dobrze wiem co to znaczy silną więź z pieskiem. Traktują go jak bliskiego przyjaciela, który zawsze jest przy mnie, pocieszy swoją śliczną minką i poprawi humor. Rozłąka z nim jest zawsze trudna. Nawet gry zostawiam pupilka u fryzjera, martwię się czy nie stanie mu się krzywda, w domu jest po prostu pusto, cisza, nawet cichego mruczenia nie słychać pod oknem. Pies wprowadza życie, radość. Stracić tak wielkiego przyjaciela to na prawdę trudna sprawa. Jak zaginie, wyleci z podwórka, to jednak istnieje jakaś szansa i nadzieja na powrót. Wieszamy ogłoszenia z dużym wynagrodzeniem dla osoby, która odnajdzie. Ale przecież on, nie kosztuje dla nas sto złotych, a może i tysiąc, jest po prostu bezcenny. Najgorsze jest jednak, że pies kiedyś odejdzie od nas, bez nadziei na powrót. Taka chwila jest najgorsza, wszystkie nadzieje utracone. Ja również miałam w dzieciństwie pieska, bardzo miłego i puszystego. Wiele razy uciekał z domu, lecz zawsze powracał, z jednym wyjątkiem - ostatnim. Sądzę, że właściciele powinni często spacerować ze swoimi pupilkami po ulicy. Pies zapozna się z okolicą i w razie ucieczki będzie znał powrotną drogę. W końcu, dla każdego człowieka - ,,Pies jest przyjacielem i kumplem w jednej osobie " - Frances Wickhan. Nie kłóci się, nie ma swojego zdania, lecz zawsze jest nam bliski. A nadzieję zawsze trzeba mieć i nigdy nie tracić. Wtedy czworonożny przyjaciel zawsze będzie z nami, jak nie koło nogi to w sercu.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
Aneczka123 07:38 | 11-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Artykuł bardzo mnie wzruszył. Dobrze wiem co to znaczy silną więź z pieskiem. Traktują go jak bliskiego przyjaciela, który zawsze jest przy mnie, pocieszy swoją śliczną minką i poprawi humor. Rozłąka z nim jest zawsze trudna. Nawet gry zostawiam pupilka u fryzjera, martwię się czy nie stanie mu się krzywda, w domu jest po prostu pusto, cisza, nawet cichego mruczenia nie słychać pod oknem. Pies wprowadza życie, radość. Stracić tak wielkiego przyjaciela to na prawdę trudna sprawa. Jak zaginie, wyleci z podwórka, to jednak istnieje jakaś szansa i nadzieja na powrót. Wieszamy ogłoszenia z dużym wynagrodzeniem dla osoby, która odnajdzie. Ale przecież on, nie kosztuje dla nas sto złotych, a może i tysiąc, jest po prostu bezcenny. Najgorsze jest jednak, że pies kiedyś odejdzie od nas, bez nadziei na powrót. Taka chwila jest najgorsza, wszystkie nadzieje utracone. Ja również miałam w dzieciństwie pieska, bardzo miłego i puszystego. Wiele razy uciekał z domu, lecz zawsze powracał, z jednym wyjątkiem - ostatnim. Sądzę, że właściciele powinni często spacerować ze swoimi pupilkami po ulicy. Pies zapozna się z okolicą i w razie ucieczki będzie znał powrotną drogę. W końcu, dla każdego człowieka - ,,Pies jest przyjacielem i kumplem w jednej osobie " - Frances Wickhan. Nie kłóci się, nie ma swojego zdania, lecz zawsze jest nam bliski. A nadzieję zawsze trzeba mieć i nigdy nie tracić. Wtedy czworonożny przyjaciel zawsze będzie z nami, jak nie koło nogi to w sercu.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
vaness 12:01 | 08-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Poprzez pisanie takich tematów ludzie mogą sobie uświadomić jak ważne są dla nich ich czworonogi. Dla kochającego właściciela nie jest ważne , czy jest on rasowcem z krwi i kości , czy też zwykłym szarym kundelkiem - kocha go miłością nieograniczoną , wieczną . Pies będzie mu wierny aż do ostatniego tchnienia . Niektórzy ludzie nie mogą sobie wyobrazić życia bez psa - ja również należę do tych osób . Gdy ukochany przyjaciel się zgubi , tracimy nadzieję , że go jeszcze kiedykolwiek zobaczymy. Przecież tyle złego mogło się wydarzyć w tych czasach . Mógł zostać ukradziony , potrącony przez samochód . Mamy świadomość , że to nasza wina , nie dopilnowaliśmy go . Kiedy patrzymy na puste legowisko , łzy napływają nam do oczu .. Gdyby tu był, podszedłby , polizał , spojrzał głęboko w oczy, ale go nie ma i nie mamy pewności , że go jeszcze kiedykolwiek zobaczymy. Tak samo jest z psami w schroniskach na całym świecie . Mają domy i w ciągu jednej sekundy je tracą .. Rozumiesz ? Człowiek tarci w jednym momencie swojego ulubieńca , pies identycznie w jednym momencie może stracić swojego "pana", przewodnika stada. Oby dwie te rzeczy dzieją się przez ludzką głupotę . Jeśli człowiek byłby normalny nie byłoby krzywdy , która nie tyczy się tylko psów , ale wszystkich zwierząt. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć : Człowiek mimo ,że najmądrzejszy na kuli ziemskiej jest najgłupszy , bo przez jego czyny inne życie cierpi. Wracając do psów w schroniskach na całym świecie , jedne psiaki szybko znajdują domy i ani się obejrzą mają kochającego właściciela . Są jednak psy stare , chore których nikt nie chce . Siedzą w koncie , nie zwracają uwagi już na nic . Nie dobiegają do ludzi , gdy podchodzą do zniszczonych krat schroniska . Iskierka w ich oczach i sercach dawno wygasła i nie mają już nadziei .
Tak więc podsumowując człowiek może stracić swojego ulubieńca i pies może stracić swojego pana i obie te rzeczy są winą głupoty ludzkiej .
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
klaudzia66 12:07 | 06-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Każdy właściciel psa na pewno zastanawiał się kiedyś co by było gdyby jego pies uciekł. Dlatego dokłada wszelkich starań aby zawsze mieć go "na oku". Jednak i tak wiele psów ucieka nie zawsze z winy właściciela często prowadzone po prostu swoim instynktem. Jeśli jednak pies nas kochał, żyło mu się z nami dobrze to może również wróci prowadzony instynktem do miejsca gdzie miał zawsze jedzenie, ciepło i był kochany. Nie traćmy więc nadziei jeśli nasz pupil zniknie. Wywieśmy ogłoszenia wszędzie gdzie to możliwe! A najlepiej w miejscach często uczęszczanych przez ludzi; sklepy,parki,szkoły. A jeśli nasz pupil nie znajdzie się przez tydzień, twa... To powinniśmy zmobilizować się jeszcze bardziej i doklejać ulotki coraz dalej, dodajmy ogłoszenia w internecie, poinformujmy pobliskie schroniska i fundacje. A może nasz pies już się znalazł? Może jest u kogoś kto otoczył go opieką, jednak informacja o zaginięciu psa nie dotarła do tej osoby? Jeśli pies zaginie, zawsze musimy pozostawić dla niego miejsce w domu, aby w jakimś podświadomym impulsie wiedział, że gdzieś jest jego dom i jego miejsce.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
suczka40 12:42 | 07-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Naprawdę ta historia potrafi doprowadzić człowieka do łez.
Często właściciele czworonogów nie zwracają uwagi na to gdzie
pies idzie, albo co najgorsze w ogóle zapominają o psie.Często
też właściciele czworonogów zapominają o tym, że są rasy które
nie mogą chodzić bez smyczy bo od razu uciekają. Więc nie
warto kupować psów rasowych, po prostu trzeba wziąźć psa ze
schroniska? Trudno jest odpowiedzieć na te pytanie, ponieważ
psy ze schroniska mogą być po przejściach i po prostu ze
strachu przed ludźmi. Ważne jest też, aby pies był zaczipowany
lub miał tatuaż. Chociaż w tych czasach nie zawsze to pomaga.
Niektórzy ludzie, którzy znajdą pieska po prostu sobie go
biorą licząc na to, że pies zapomni o tamtym właścicielu, a
upodoba sobie innego. Wcale nie! Pies do końca życia będzie
pamiętał co go spotkało, oraz o tym, że już nigdy nie spotka
właściciela, który go wychował. A jeśli tak by ktoś nas porwał
i próbował nas od początku wychować czy było by nam dobrze? Na
pewno nie! Więc podsumowując dbajmy o nasze czworonogi jak
najlepiej i nie patrzmy na to, że sam wróci i trafi do domu bo
są ludzie, którzy zobaczą małego psa wezmą go pod rękę i
uciekną! Kochajmy naszych czworonogów jak najmocniej, i
pilnujmy ich, a nie zaczynajmy się o nich ,martwić dopiero
wtedy gdy ich już nie ma.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
CaveCanem 10:33 | 30-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Pies... Pies to zaiste niezwykłe stworzenie. Tyle wieków spędził z człowiekiem, zmieniając zarówno siebie jak i jego. Niemal doskonale opanował mowę ludzkiego ciała, wystarczy mu sam ludzki zapach, by stwierdzić w jakim nastroju jest dana osoba. Wydawać by się mogło, że i człowiek powinien poznać na wylot swego czworonożnego przyjaciela... Ale nie, niestety (a może na szczęście?) tak nie jest. Niektóre psie zachowania nadal pozostają dla przeciętnej osoby zagadką. Na przykład ucieczki. Czyżby to zew krwi, mający nam przypomnieć, że Pies jest potomkiem wilka? Chyba każdy zna odpowiedź na to pytanie - nie. Psi węch, tak niezwykle wyczulony, jest zarazem Jego błogosławieństwem jak i przekleństwem. Jest Jego głównym środkiem poznawania świata, ale jednocześnie często doprowadza Go do zguby. Spójrzmy na sytuację tej charcicy oczami psa. "Nagle samica przede mną zatrzymała się, z nosem przy zwilgotniałej, wonnej ziemi. Jej nozdrza zaciągały się powietrzem, bogatym w cząsteczki woni, poruszając się gwałtownie. Co poczuła? Z tej odległości nie mogłam tego stwierdzić, więc potruchtałam w jej kierunku, tymczasem ona oddalała się coraz bardziej, wędrując znalezionym śladem. Zapach był istotnie nadzwyczajny, nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam. Aż zapiekł mnie nos. Rzuciłam się za tropem, biegłam jak szalona, musiałam odnaleźć stworzenie, do którego należał. Suczka przede mną po jakimś czasie zrezygnowała z pościgu, ja nie... Wtem zrozumiałam, że żaden dwunożny mi nie towarzyszy. Ta myśl mną wstrząsnęła. Rozejrzałam się wokół, ale nigdzie nie było tych wspaniałych jednostek, które obdarzyłam sympatią. Zgubili się. Zgubili się i beze mnie może im się coś stać. Muszę ich znaleźć." Dla Psa to nie On się zgubił, tylko Człowiek.
Osobiście nie przeżyłam takiej psiej ucieczki, ale wiem jedno - nikt nie szuka wierniej niż Pies. Naśladujmy więc Psy - szukajmy z całych sil, co tchu. Zróbmy wszystko, by odnaleźć zaginionego przyjaciela, tak samo jak robi to On. Nie rezygnujmy i wierzmy, bo wiara dodaje skrzydeł. Nie każda taka historia skończy się szczęśliwie, ale czy to powód, by zwieszać ramiona? By z góry zakładać, że "on się nie znajdzie, nie ma szans"? Wydaje mi się, że powinno się szukać, szukać jak najdłużej, by choć w ten sposób oddać hołd zaginionemu Przyjacielowi...
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
Dragona 07:39 | 30-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Nie doświadczyłam jeszcze takiej utraty czworonożnego przyjaciela (zapewne mam niemałe szczęście), jednak niektórych los okropnie wystawił na próbę, i pozbawił zimnego nosa, puchatego, merdającego ogona, przepełnionych szczęściem szczeknięć. Wtedy najważniejsze to nie poddawać się, wykazać się wytrwałością i uparciem w poszukiwaniach psiaka.
Bo przecież nikt, nie chciałby stracić najlepszego kompana, który strzeże go i daje ciepło serca w mroźne, zimowe wieczory? Prawda? Chcemy za wszelką cenę odzyskać utracone dobro.
A dzięki nadziei, możemy je odzyskać. Gdyż trzeba wierzyć, że wszystko skończy się dobrze.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Charlottka 07:20 | 26-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Każdy z nas kocha swojego pieska ,dba o niego i nie chce by cokolwiek złego mu się stało.Mi samej zaginął raz pies.W pierwszym momencie panikujemy : bo psa nie ma ,bo pewnie gdzieś marznie,a może ktoś robi mu krzywdę.Te obawy nie są jednak bezpodstawne i osobiście uważam ,że właściciel ma prawo do obaw.Kiedy pies zaginie zachowanie ,,zimnej krwi' nie jest łatwe.Sama rozpaczałam całymi dniami.Najważniejsze jest ,żeby szukac pieska,wywieszac ogłoszenia,prosic znajomych o pomoc.Tak jak pisało w artykule ,,czasami trzeba wiele determinacji psy psiaki znaleśc' choc ja uważam ,że jeśli właściciel kocha swojego pupila to napewno dołoży wszelkich starań aby go odnaleśc.Ja gdy mój pupilek zniknął zastanawiałam sie dlaczego to zrobił.Teraz wiem ,że powodów mogło byc wiele.Jedne psiaki takie jak np.myśliwski beagle poszły za tropem, inne jak te zabrane ze schroniska mogą nawet tęsknic za tamtym miejscem! Są też takie sytuacje jak u moich przyjaciół gdzie piesek zaginął,szukano go 2 dni,a on smacznie sobie spał pod łóżkiem.Myślę ,że takie artykuły jak ten są bardzo ważne ponieważ mogą pomóc właścicielom w przyszłości gdyby doświadczył ich taki smutny wypadek.Sama kupiłam gazetę ,znajomi też i dużo to dało, bo dzisiaj gdy na spacerze z koleżanką jej sunia znikła ni panikowałyśmy.Jak się okazało mała uciekinierka obgryzała smaczną gałazkę w ... krzakach ;)
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~julka001 04:30 | 25-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Dobrze znam uczucie ludzi, których pieski uciekły z domu.
Bardzo często się tak zdarza. Ludzie wtedy rozpaczają,
użalają się nad sobą i mówiąc, że psiak wpadł pod samochód.
Jak można tak myśleć? Moim zdaniem od razu powinniśmy
drukować ogłoszenia, pytać ludzi czy nie widzieli naszego
psa, wołać do skutku, a przede wszystkim czekać na cud, że
pies wróci do domu. Wiele psów wraca do domu, bo uciekają za
jakimś zapachem, a tak naprawdę bardzo kochają swoich
właścicieli i do nich wracają. Psy mieszkające w domu nie
mają pojęcia jak żyje się na ulicy. Pełna miska, zabawki,
głaskanie i tak dalej. Pomyślmy, gdy nasz psiak ucieknie.
Czy zamartwiać się, czy dać ulotki.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
Adzia123 02:49 | 25-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Ten artykuł jest mi wyjątkowo bliski, ponieważ sama
przeżyłam podobną historię. Straciłam mojego Toffika. Był to
mieszaniec yorkshire terriera ze sznaucerem miniaturowym. Do
tej pory nie mam pojęcia dlaczego to się stało. Pewnego dnia
po prostu obudziłam się rano a jego nie było. Nie wiem do
tej pory co się stało. Możliwe, że mój tata wypuścił go na
podwórko, a on pobiegł za jakimś zającem, jak to często
robił, i potem nie mógł znaleźć drogi powrotnej do domu.
Przez pierwszy tydzień byłam zrozpaczona. Objeździłam z
rodzicami samochodem całą okolicę, dzwoniłam do przyjaciół z
pytaniem czy go nie widzieli. Ale psiaka ani śladu. Mimo to,
że miałam go jedynie przez rok zdążyłam się do niego bardzo
przywiązać. Żałuję, że tak szybko straciłam nadzieję i
porzuciłam poszukiwania po tygodniu. Wtedy w moim żuciu
pojawiła się kolejna psia duszyczka. Przygarnęłam ze
schroniska najcichszego szczeniaczka jaki tylko tam był -
czarną suczkę Sonię (ale to już jest inna historia). Po dwóch latach od stracenia Toffika dowiedziałam się od
koleżanki mieszkającej w sąsiedniej wsi czegoś
wstrząsającego. Podobno dwa lata temu jej tata znalazł w
lesie małego, kudłatego pieska z czarną obrożą na której
widniał napis: "Toffik". Psiak podobno od tego czasu
przebywa u jej sąsiadów i ma się całkiem dobrze. Wiedziałam,
że nie mogę teraz odebrać im psa, tym bardziej że przywiązał
się do niego bardzo pewien siedmioletni chłopczyk. Po za tym
to już bardziej był ich pies niż mój, bo u mnie mieszkał
tylko rok, a u nich dwa lata. Mimo to bardzo się ucieszyłam
z tego że jeszcze żyje i trafił do dobrych ludzi. Pomimo
tego, że psiak do mnie nie wrócił ta historia miała
szczęśliwe zakończenie.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Judyta 02:31 | 24-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Bardzo kochamy nasze psiaki i chcemy,aby były szczęśliwe,dlatego też często spuszczamy je ze smyczy,żeby się wybiegały,myśląc,że są bezpieczne.Niestety prawda jest inna.Zazwyczaj do nas wracają,ale czasami zdarza się,że poczują interesującą dla nich woń lub zobaczą wiewiórkę bądź kota.Wtedy nagle nasz pupil znika nam z oczu.Szukamy go,ale daremnie.Mijają dni.Nie wiemy co się z nim stało,czy ktoś go skrzywdził,przygarnął czy może tuła się ledwie żywy,głodny i spragniony.A może wpadł pod koła samochodu i już nigdy go nie odzyskamy?To takie przykre i przygnębiające.Jak temu zapobiec?Przede wszystkim powinniśmy naszemu psiakowi wszczepić chipa.Jeśli ktoś go znajdzie,zabierze go do lekarza weterynarii,a ten odczyta do kogo on należy i gdzie mieszka.Jednak nie każdemu znalazcy może to przyjść do głowy,dlatego najlepiej dodatkowo zabezpieczyć pupila zakładając mu adresówkę z naszym adresem lub numerem telefonu.Pamiętajmy też o tym,aby natychmiast po zaginięciu zwierzaka rozwiesić ogłoszenia w okolicy.Oby jak najmniej było przypadków zaginięcia naszych szkrabów,a jeśli do nich dojdzie to nie traćmy nadziei,że się odnajdą.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
TaCoKochaPieski 04:28 | 23-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Naprawdę współczuje tym co stracili psa w wyniku " wiecznego spacerku". Nigdy nie miałam psa i w dalszym ciągu nie mam , ale moja babcia która ma ogromne podwórko miała ich kilka. Jednym z nich był Niko. Taka stara biszkoptowa kuleczka , która kochała bezwarunkowo wszystkich członków rodziny ( tych przyjezdnych takich jak ja poznawał po zapachu) , ale obcych mógł poważnie ugryźć. Miał ok 11 lat, dokładnie nie wiem , bo był ze schroniska. Pewnego dnia poszedł i nie wrócił. Szukali go wszyscy , przyjaciele babci też. Po tygodniu ktoś zadzwonił ,że widział go nad jeziorem. Wujek pojechał, ale zobaczył tylko białego kundelka , który był " Nikusiem". I tak do dzisiaj go szukamy. Niektórzy mówią , że pewnie odechciało mu się żyć z innymi psami z podwórka i poszedł szukać spokoju, inni , ze pewnie wpadł w jakieś sidła. Myślę że Niko prędzej wpadł do jeziora, bo on często chodził na " spacery", ale zawsze wracał.....
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
|
|
 |
 |
 |
 |
|
 |
 |
 |
 |