środa, 22 listopada 2017

Urodzone w szarej strefie

4 kwietnia 2017 08:10 11 komentarzy

szara strefaUrodzone w szarej strefie

„Nie chcę jeździć na wystawy, więc nie potrzebuję rodowodu”. Takim argumentem posługują się najczęściej osoby kupujące psy bez metryk. Tymczasem ten „niepotrzebny papierek” może oszczędzić przyszłemu właścicielowi nie tylko wiele czasu i pieniędzy, ale także nerwów i smutnych doświadczeń.

Niedawno weszła w życie nowa ustawa o ochronie zwierząt. Wśród wielu zapisów znalazły się i te o niezarejestrowanych hodowlach. Według nowego prawa nie można już sprzedawać ani kupować psów bez rodowodu organizacji kynologicznej. Oznacza to, że na karę naraża się nie tylko ten, kto sprzedaje „rasowe” szczenięta na targu, ale i ten, kto takiego psiaka zakupi. Psa bez rodowodu można dać/dostać tylko za darmo.
– Polska jest krajem, w którym pseudorasowe szczenięta produkowane są masowo – mówi Agata Rybkowska, wolontariuszka fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt „Viva!”. – Zapis w ustawie zakazujący handlu nimi był niezbędny, jednak to, że nowe prawo weszło w życie, nie oznacza, że liczne pseudohodowle znikną. To dopiero początek walki – dodaje.

Pseudohodowlane standardy

Na pytanie, czym jest pseudohodowla, najłatwiej odpowiedzieć stwierdzeniem: to miejsce, w którym rozmnażane są psy bez rodowodu. Każdy jednak widzi różnicę pomiędzy „fabryczną” produkcją szczeniąt, gdzie zwierzęta siedzą w małych klatkach lub betonowych boksach, suki zachodzą w ciążę przy każdej cieczce, a domowym miotem, który wydała na świat ukochana podopieczna, w myśl niesłusznej, ale wciąż pokutującej zasady, że suka musi mieć przynajmniej raz w życiu młode. Czy te dwa miejsca można zatem stawiać w jednym rzędzie? Można. O horrorach, jakie przeżywają psy w masowych rozmnażalniach, media informują od czasu do czasu, najczęściej, gdy dochodzi do jakiejś spektakularnej akcji likwidacji takiego miejsca. Zwierząt jest tam kilkadziesiąt, w skrajnych przypadkach nawet kilkaset. Zazwyczaj kilku albo kilkanastu ras, w zależności od aktualnej mody. Kiedyś dominowały dalmatyńczyki i yorki, teraz husky, maltańczyki, buldogi francuskie czy pomeraniany. Wszystkie żyją w tragicznych warunkach – na betonie, bez ogrzewania, czasem w króliczych klatkach. Suki są maszynkami do zarabiania pieniędzy. Nikt nie troszczy się o ich zdrowie, nie dba o to, aby ich organizmy zregenerowały się po porodzie i odchowie szczeniąt. Zwierzęta karmione są rzadko, najtańszą karmą, która zapewnia im minimum składników odżywczych – tyle, żeby nie padły. Śmiertelność psów w pseudohodowlach jest bardzo wysoka. Nikt nie troszczy się o ich szczepienia, łatwo przenoszą się między nimi choroby. Gdy się pogryzą – trudno. Śpią we własnych odchodach. Szczenięta, jakie rodzą się w tych warunkach, już w życiu płodowym mogły nie rozwinąć się prawidłowo – zarówno z powodu niedożywienia i chorób matki, jak i wad genetycznych, które przenoszone są także przez ojca. Nikt nie dba o to, aby krzyżować ze sobą zwierzęta wolne od chorób dziedzicznych. Maluchy z matką, tuż po porodzie, przenoszone są w inne miejsce. Mają tam ogrzewanie, ale taki boks jest suce zupełnie nieznany, co powoduje u niej stres, udzielający się także szczeniętom. Szczepienia, odrobaczenia – któż by niepotrzebnie inwestował pieniądze w psy? Przecież i tak znajdą się ludzie, którzy będą zauroczeni grubym brzuszkiem malca. Niestety nabywcy nie mają pojęcia, że to brzuch wypełniony robakami, a nie dobrze odżywiony. Socjalizacja to coś, w co pseudohodowcy nie wierzą. Ot, jakiś wymysł behawiorystów. Po co zwierzęciu umiejętność układania relacji z innymi psami, po co mu wiedzieć, że samotność nie zawsze jest zła, że nie należy się bać głośnych dźwięków czy też trzeba załatwiać się poza swoim legowiskiem? Przecież ten maluch ma dobrze wyglądać w momencie zakupu, a później? Niech sobie inni radzą… Dlaczego tak skandaliczne warunki rozrodu psów można traktować na równi z domowym rozmnożeniem nierodowodowego zwierzęcia? Dlatego, że szczenięta po wypieszczonej i wypielęgnowanej matce, które urodzą się w mieszkaniu w bloku i są hołubione przez całą rodzinę, być może trafią właśnie do takiej fabryki produkującej psy. A jeśli nie one, to ich potomstwo, bo przecież czworonogi bez metryki są tańsze – dla pseudohodowcy to lepszy interes niż kupowanie drogiego zwierzaka po utytułowanych rodzicach. Czy osoba dopuszczająca swoją nierodowodową sukę jest w stanie ponieść odpowiedzialność za wszystkie kolejne pokolenia jej potomstwa?

Rutynowa kontrola?

Katarzyna Kieliszczyk od dawna zajmuje się pomocą psom. W połowie lipca ubiegłego roku pojechała ze znajomymi do byłej pseudohodowli, aby sprawdzić, czy kobieta, której wcześniej w wyniku interwencji odebrano czworonogi, nie nabyła kolejnych. To miała być rutynowa kontrola, tymczasem rzeczywistość okazała się przerażająca – na miejscu znaleziono 35 psów różnych ras: maltańczyki, yorki, husky, goldeny, shar peie i wiele innych. Ponieważ działali jako fundacja, podjęli natychmiastową decyzję o odebraniu 20 zwierząt, które były w stanie zagrażającym ich życiu. Zorganizowali transport i umieścili czworonogi w domach tymczasowych. Do Kasi trafiły dwa shar peie i jeden spaniel. – Szczeniaki shar peia były w tragicznej formie – wspomina dziewczyna. – Trzymane w piwnicy, stały we własnych odchodach, których nikt nie sprzątał od bardzo długiego czasu. Mimo widocznych gołym okiem chorób i tak znaleźliby się ludzie, którzy by je kupili – dopowiada. Dla spaniela i jednej suczki shar pei szybko znalazły się nowe domy adopcyjne. Dla drugiej pewnie też by się znalazł, ale Kasia postanowiła ją zatrzymać. Mimo że czekała ją masa problemów, nie potrafiła powstrzymać uczucia, jakim zapałała do Baccary.

Świadoma decyzja

Największym problemem zdrowotnym, z jakim przyszło jej się zmierzyć, była nużyca. Ta straszna choroba powoduje nie tylko osłabienie odporności psiaka, ale także okropne wyłysienia na ciele. Regularne kąpiele lecznicze powstrzymują rozwój pasożytów, ale pomimo że suczka jest u Kasi już od kilku miesięcy, wciąż muszą walczyć z przykrą przypadłością. – Nie chciałam na Baccarze stosować antybiotykoterapii, gdyż po odebraniu z pseudohodowli była bardzo wychudzona. Małe shar peie mają mocno pofałdowaną skórę, ona nie miała tych fałd w ogóle. Antybiotyki spowodowałyby dodatkowe osłabienie organizmu, co w przypadku kilkumiesięcznego psiaka mogłoby się skończyć tragicznie – tłumaczy opiekunka. Nie mniejszym problemem była grzybica w uszach, którą na szczęście udało się pokonać. Suczka miała też blizny na całym ciele, sugerujące, że niejednokrotnie została dotkliwie pogryziona przez inne psy. Kłopoty ze zdrowiem nie były jednak jedyną trudnością, z jaką przyszło się zmierzyć Kasi. Niesocjalizowana Baccara nie miała pojęcia, czym jest normalne życie. Bała się wszystkiego – ludzi, przestrzeni, samochodów. Przez pierwsze dni pobytu w nowym domu spacery były koszmarem – suczka co najmniej pół godziny kręciła się w kółko, podchodziła z niepewnością do każdego krzaczka, zanim zdecydowała się załatwić swoje potrzeby. Ze strachu potrafiła pogryźć smycz, rozerwać szelki. Każdy zbliżający się człowiek był potencjalnym wrogiem. Niestety problemy te występowały także w domu. – Baccara nie akceptowała mojej mamy jako członka stada, którego należy słuchać – wyznaje Kasia. – Niejednokrotnie zachowywała się w stosunku do niej agresywnie, gdy ta próbowała do mnie podejść. Suczka wyobrażała sobie, że musi mnie za wszelką cenę bronić przed światem. Bardzo się bałam, co będzie, gdy shar pei dorośnie, przecież to duże i silne psy. Należało zadbać o zmianę jej nastawienia do ludzi, a tym bardziej do domowników – dodaje. Na szczęście wielotygodniowe lekcje zakończyły się sukcesem, Baccara wyraźnie się uspokoiła. Cierpi jeszcze jednak na lęk separacyjny – do tej pory nie lubi zostawać sama w domu. Wymaga ciągłej uwagi i udowadniania, że jest bezpieczna. Niestety walka z wszystkimi problemami przyniosła olbrzymie koszty – kilkaset złotych na szczepienia i leki, około 200 zł na smycze i szelki, do tego comiesięczny koszt około 200 zł na specjalistyczną karmę. Gdyby Kasia nie była w stanie samodzielnie szkolić Baccary, kolejnych kilkaset złotych wydałaby na trenerów i behawiorystów. Do tego musi jej poświęcać o wiele więcej czasu niż psu bez problemów emocjonalnych. Dodatkowo ciągle mierzy się ze stresem, jaki powodują kolejne dziwne reakcje Baccary. Suczka do tej pory jest w stanie przestraszyć się choćby podnoszonej ze stołu szklanki.

Bo trzeba mieć przyjaciela

O ile Kasia, decydując się na psa z pseudohodowli, była świadoma problemów, jakie mogą ją spotkać, o tyle Paulina Adamska nie zdawała sobie sprawy, że może być aż tak ciężko. Razem ze swoim partnerem postanowiła kupić grzywacza chińskiego – rasa wydawała się idealnie dopasowana do ich warunków i potrzeb. Szukając hodowli w okolicy, natknęli się na ogłoszenie, że jest do oddania półroczna suczka. Zadzwonili, umówili się na obejrzenie małej. W domu, razem z grzywaczką, mieszkały dwa amstaffy. Kobieta, która się nimi opiekowała, postanowiła oddać suczkę, gdyż ta ciągle toczyła walkę z większymi psami. Jak łatwo przypuszczać, nie była to walka wyrównana. „Opiekunka” nie robiła nic, aby tym bójkom zapobiegać. – Właścicielka pokazała nam zwierzęta i rzuciła im na ziemię kość z mięsem – opowiada Paulina. – Cała trójka podbiegła przejąć cenny kąsek i w tym momencie amstaffy rzuciły się na małą Lailę. Skoro żaden z psów nigdy nie miał swojej miski, trudno się dziwić awanturom o jedzenie – relacjonuje. Paulina zadecydowała, że zabiorą grzywaczkę do domu. Na pytania o pochodzenie małej kobieta odpowiadała wymijająco, że z jakiejś hodowli, ale bez rodowodu, nie podała żadnych szczegółów. Można się więc domyślać, że suczka została wzięta z typowej rozmnażalni. W jakich dokładnie warunkach urodziła się Laila, Paulina pewnie się już nie dowie. Do nowego domu grzywaczka przyniosła zapalenie pęcherza. Stosunkowo łatwo dało się to wyleczyć, ale problemy dopiero się zaczynały. – Poza tym schorzeniem nie miała kłopotów zdrowotnych, lecz przyszło nam się zmierzyć z jej olbrzymim lękiem separacyjnym – wspomina Paulina. – Tego nie da się opisać, każda sekunda spędzona w samotności oznaczała szczekanie, wycie i wielki stres – dodaje. Takie zachowanie było bardzo problematyczne, bo jednak ciężko podporządkować całe życie psu i tak ustalać harmonogram dnia, aby zawsze ktoś był w domu. Po kilku miesiącach walki z lękiem Laili, opiekunowie postanowili kupić drugiego czworonoga, który dotrzymywałby jej towarzystwa pod ich nieobecność. Wybór padł na samojeda, jednak tym razem był to pies z dobrej hodowli, bez problemów behawioralnych. To rozwiązanie okazało się strzałem w dziesiątkę. Grzywaczka uspokoiła się. Obecność kompana spowodowała, że już nie wyje ani nie demoluje otoczenia, gdy w domu nie ma ludzi. Zanim jednak zdecydowali się na drugiego czworonożnego domownika, mieli chwile zwątpienia. Równie uciążliwa co strach przed samotnością była inna przypadłość Laili – absolutnie nie tolerowała innych psów. Sprowadzenie do domu samojeda było bardzo ryzykowne w sytuacji, gdy grzywaczka bez ostrzeżenia rzucała się na każdego spotkanego na spacerze pobratymca. Być może konieczność dzielenia się wspólną przestrzenią wymusiła na niej akceptację nowego domownika, bo do tej pory samojed jest jedynym czworonogiem, z jakim nie wszczyna konfliktów. – Honey wprowadził w nasze życie dużo dobrego, ale marzymy jeszcze o tym, aby Laila nauczyła się zostawać w domu zupełnie sama – mówi Paulina. – Mamy nadzieję, że z czasem poczuje się na tyle pewnie i bezpiecznie, że problem lęku separacyjnego minie – dopowiada. Para co prawda nie wydała dużo na leczenie suczki, ale poniosła inne koszty. I to bardzo wysokie, choć trudno przeliczyć na pieniądze stracone nerwy i nieprzespane noce. Taka jest cena za psa z pseudohodowli. Paulina twierdzi, że wiedząc, z czym będą musieli się zmierzyć, nie zdecydowaliby się na przygarnięcie grzywaczki. Porównując zachowanie Laily i Honeya widzą, jak ważna w życiu każdego szczenięcia jest socjalizacja.

Problemy genetyki

Aleksandra Łuczak zaadoptowała psa ze schroniska. Miał wtedy 3–4 miesiące. Przyszedł na świat w azylu, ale od urodzenia naznaczony został piętnem pseudohodowli. Jego matka trafiła do przytuliska w ostatnich dniach ciąży, jako suka odebrana z psiej rozmnażalni. Z całego miotu przeżył tylko Dumbo, uroczy biały buldożek francuski. Już od pierwszych tygodni jego życia pracownicy przytuliska wiedzieli, że coś jest z nim nie tak. – Powiedziano mi, że gdy do boksu przynoszono jedzenie, on potrafił spać – wspomina Ola. – W ogóle nie reagował na ludzi, podczas gdy inne psy biegły radośnie w ich kierunku. Wkrótce wszystko stało się jasne – Dumbo jest głuchy. Dobrzy hodowcy, zarówno buldogów francuskich, jak i innych ras, w których występują białe umaszczenia, np. bulterierów, doskonale wiedzą, że nie można kojarzyć ze sobą całkowicie białych osobników, gdyż grozi to głuchotą szczeniąt. W doborze rodziców w tym przypadku kluczowa jest genetyka. W pseudohodowli nie zwraca się jednak na to uwagi – pieski powinny mieć wygląd typowy dla rasy, by był na nie zbyt. O zdrowiu czworonogów nikt nie myśli. Najlepiej, aby rodziły się szczenięta wszystkich kolorów, bo taki miot zadowoli każdego nabywcę. O głuchocie żaden pseudohodowca nie wspomina, wielu nawet nie zdaje sobie sprawy, że sprzedaje niesłyszące psy. Zresztą, jak mieliby to sprawdzić, skoro w ogóle nie zajmują się zwierzętami? Brak słuchu to nie jedyny problem Dumbo – jest również podatny na wszelkie infekcje, często ma kłopoty z oczami i uszami. Największą trudnością, z jaką musiała zmierzyć się Ola, był jednak lęk separacyjny. Mama buldożka nie była dobrze zsocjalizowana, nie mogła więc nauczyć go odpowiednich zachowań. Za każdym razem, gdy Dumbo zostaje choć na chwilę sam w domu, wpada w furię, demoluje pomieszczenie i przeraźliwie hałasuje. Jest bardzo zaborczy i wymaga wiele uwagi. Jego zachowanie może być spotęgowane przez głuchotę. Nie widząc człowieka i nie słysząc żadnych dźwięków, czuje się opuszczony i zagubiony. Być może kolejne miesiące przyniosą poprawę sytuacji.

Legalne rozmnażalnie?

– Trzeba pamiętać, że także wśród hodowców zarejestrowanych w organizacjach kynologicznych trafiają się nierzetelni ludzie – ostrzega Agata Rybkowska. – Największa polska organizacja tego typu, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie prowadzi stałych kontroli w hodowlach. Nawet przeglądy miotu, które kiedyś robiono w hodowli, teraz często odbywają się w siedzibie związku, więc nikt nie sprawdza warunków, w jakich szczenięta się urodziły i wychowały – dodaje. Takie podejście prowadzi do nadużyć. Chociaż w Regulaminie Komisji Hodowlanych i Sekcji Ras istnieje zapis, że: „Do zadań i kompetencji Oddziałowej Komisji Hodowlanej należy m.in. prowadzenie kontroli poszczególnych hodowli oraz warunków utrzymania reproduktorów i suk hodowlanych”, to w niektórych oddziałach jest on rzadko wcielany w życie. Zdarza się, że w „związkowych” hodowlach psy trzymane są w małych boksach lub klatkach, a na socjalizację właściwie nie zwraca się uwagi. W takiej sytuacji komisja powołana przez związek ma obowiązek interweniować, ale robi to tylko wówczas, gdy otrzyma doniesienie o niewywiązywaniu się hodowcy z regulaminu hodowlanego. Zdarza się też, że hodowcy nie troszczą się o to, w jakich warunkach będzie żyło sprzedawane szczenię i nie podpisują żadnych umów z nabywcami (bo nie zmuszają ich do tego przepisy). Kiedyś Agata znalazła na ulicy błąkającego się yorka i przygarnęła go. Pies nie miał jednego oka, jego ciało było pokryte kołtunami, a palce zwierzaka były połamane. Okazało się, że ma on tatuaż i pochodzi z legalnej hodowli. Hodowca sprzedał go jednak pseudohodowcy, gdyż pies miał przodozgryz, więc nie nadawał się na wystawy. Ta wada nie powstrzymała nabywcy przed rozmnażaniem yorka – Bolek całe życie był samcem rozpłodowym. Połamane palce były efektem życia w klatce, wyłożonej nieustannie rolującą się wykładziną, co skutkowało brakiem stałego podłoża pod małymi łapkami. Bolek zmaga się również z chorobami serca, wątroby i żołądka. Ponadto nie ma zębów, więc może jeść tylko miękką karmę z puszek. Ze względu na fatalny stan organów wewnętrznych musi być to karma specjalistyczna, która kosztuje ponad 100 zł miesięcznie. W sumie na wizyty w lecznicach Agata wydała około 3000 zł, nie licząc leków. Oczywiście Bolek ma mnóstwo problemów behawioralnych, z których najważniejszym jest lęk separacyjny. Mieszka z babcią Agaty i nie odstępuje jej na krok. Gdy tylko zostaje w domu sam, usilnie drapie w drzwi i natychmiast zaczyna się dusić, gdyż ma problemy z tchawicą. Na szczęście chwile rozłąki z opiekunką są sporadyczne, dzięki czemu york może wreszcie, na stare lata, zaznać trochę spokoju. Szczenięta, którym nie zapewniono odpowiednich warunków w hodowli, mogą też mieć zupełnie odwrotny problem. Wychowywane w braku kontaktu z człowiekiem boją się go. Później, gdy trafiają do nowego właściciela, nie mają potrzeby nawiązania z nim jakiejkolwiek relacji emocjonalnej. Łatwo przewidzieć, jakie konsekwencje rodzi przyjęcie pod swój dach tak doświadczonego psiaka.

Życie w stresie

Chciałoby się powiedzieć, iż opisywane psy mają szczęście, że żyją. Na forach internetowych aż roi się od informacji o tym, że ktoś kupił rasowego czworonoga na targu, wydał mnóstwo pieniędzy na leczenie weterynaryjne, a mimo to szczeniak zmarł z powodu parwowirozy, innej choroby wirusowej lub wady. W tych wpisach widać żal, złość, rozgoryczenie, a czasem nawet frustrację – bo uległo się chwili i dokonało nieprzemyślanego zakupu, bo nie wzięło się żadnego kontaktu do sprzedającego, bo wreszcie, najzwyczajniej w świecie, pokochało się tego nowego członka rodziny. I nawet jeśli spędziło się z nim tylko kilka dni czy tygodni, ból po jego odejściu wcale nie jest mały. Pamiętajmy, że decyzja o nabyciu psa musi być przemyślana. I nie chodzi tu tylko o wybór rasy, ale przede wszystkim miejsce zakupu zwierzęcia. Warto poczytać w internecie opinie o hodowli, z której mamy wziąć naszego nowego przyjaciela. Nie dajmy się skusić promocyjnym cenom, bo mogą być one pozorne i w gruncie rzeczy na leczenie i szkolenie czworonoga wydamy więcej, niż gdybyśmy kupili psa nieco droższego, ale ze sprawdzonego miejsca. Stres, jaki będziesz przeżywał każdego dnia, mając w domu chore i lękliwe zwierzę, nie jest warty zaoszczędzenia nawet kilkuset złotych.
Anna Czerwińska

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w numerze: Przyjaciel Pies nr 3/2012

Zapisz

Zapisz

Urodzone w szarej strefie Reviewed by on . Urodzone w szarej strefie „Nie chcę jeździć na wystawy, więc nie potrzebuję rodowodu”. Takim argumentem posługują się najczęściej osoby kupujące psy bez metryk. Urodzone w szarej strefie „Nie chcę jeździć na wystawy, więc nie potrzebuję rodowodu”. Takim argumentem posługują się najczęściej osoby kupujące psy bez metryk. Rating: 0

komentarze (11)

  • milosnikpsow

    milosnikpsow

    Redaktorzy Przyjaciel Pies! 6-7 września będzie Dog Chow Disc Cup 2015. Czy będziecie na nim? przosze o odpowiedz. :3

    • Redakcja

      Redakcja

      Administratorka portalu prawdopodobnie się wybierze, bo chodzi tam co roku, ale prywatnie 😉 Pozdrawiamy, Redakcja

  • faunaifloraxd6

    faunaifloraxd6

    a i tak do chodowli jej niedopuszczę ….Znacie rasę rodezian ???? ( jakoś tak to się pisze ) Mają charakterystyczną pręgę . A wiecie dlaczego ? Bo mają początki rozszczepu kręgłosłupa a cavaliery w wieku 5 lat zdychają z jamistości rdzenia i to jest spowodobane zabawą genetyczną do której przycZynił się człowiek

    • Redakcja

      Redakcja

      Charakterystyczna pręga grzbietowa, która występuje u ras rhodesian ridgeback oraz thai ridgeback, to pas sierści układający się w odwrotnie niż normalnie kierunku i sam w sobie nie jest żadną patologią (wbrew pozorom nie wszystkie rhodesiany ją mają). Lecz istotnie, psy te mają genetyczną skłonność do powstawania tzw. zatoki skórzastej, skórnego „kanału”, którego przetoki sięgają tkanki podskórnej i mięśni, a w patologicznych przypadkach kanału kregowego. Jest to cecha dziedziczna u tej rasy, ale nie jest to rozszczep kręgosłupa! (czyli wada, w której skóra i tkanka nerwowa tworząca tzw. rynienkę nerwową nie zamykają się wokół rdzenia kręgowego; zatoka skórzasta występuje też m.in. u ras takich jak boksery, buldogi angielskie, kerry blue terriery i shih tzu). Mutacja ta występuje u ok. 5% szczeniąt rasy rhodesian. Psy z wykrytą zatoką skórzastą absolutnie nie mogą być wykorzystywane w hodowli! Na marginesie, rhodesiany na ogół cieszą się doskonałym zdrowiem. Natomiast syringomielia (czyli jamistość rdzenia kręgowego) istotnie stosunkowo często występuje u cavalier king charles spanieli. Mutacja ta zwykle objawia się około 4 roku życia psa i występuje najczęściej u ras typu toy, np. chihuahua. Niestety rzeczywiście ma na to wpływ brachycefaliczna budowa głów u tych psów, czyli mówiąc inaczej, „za ciasna czaszka”. Beagle z kolei mają skłonność do chorób serca, wypadania dysku, niedoczynności tarczycy, padaczki, wypadania trzeciej powieki, zaćmy.

      • kinga Topolska

        Szanowna redakcjo. Mimo iż temat ważny to mam kilka zastrzeżeń. Dlaczego nikt z tych „skrzywdzonych” przez pseudo ludzi nie kupił psa w legalnej hodowli? Bo drogo bo daleko ,bo po co nam papierek ajak pojawia się problem to nikt siebie nie wini że szukał oszczędności nie tam gdzie trzeba. Poza tym sam prowadzę hodowlę psów rasowyh i już mi czasem ręce opadają gdy tłumaczę kolejny raz że ten „świstek ” to nie fanaberia a gwarancja że pies pochodzi od tych rodziców że byli oni badani itd i znów kasa …”bo za co pani chce tyle pieniędzy jak są beagle za 1/3 tej ceny” i znów tłomaczę że wystawy ,badania karma wet szczepienia dokunenty ale …my taniej chcieliśmy. i to by był tyle gdy chodzi o oszczędności i ludzi co to” nie wiedzieli co ich czeka” Ja zawsze podpisuję umowe kupna i sprawdzam gdzie idzie moje szczenię ale jak czytam że można sprawdzić żetelność hodowli w internecie to mi się niedobrze robi bo niby skąd wiadomo czy te opinie pochlebne nie piszą”krewni i znajomi”hodowcy i czy te niepochlebne to nie czarny PR sama padłam kiedyś ofiarą takiej nagonki gdy osoba której odmówiłam sprzedaży psa wypisywała bzduri i oszczerstwa gdzie tylko się dało. Sprawdzać trzeba ale osobiście lub przez zaufanych ludzi. Kolejna rzecz to brak edukacji jak mam zmusić ludzi mających nierodowodową sunię do jej sterylizacji gdy nawet niektórzy weterynarze twierdzą wciąż że jeden miot to mus dla zdrowia? Nie ma uregulowań prawnych mówiących jak ma wyglądać rodowód jakie dane muszą się w nim znaleźć. No i w końcu mity na temat różnych ras powtarzane jak mantra prze choćby szanowną redakcję. Od ponad 16 lat hoduję beagle i nigdy nie miałam problemów z uszami no fakt jak się o psa nie dba i ma z brudu chroniczne zapalenie uszu to najlepiej powiedzieć że to cecha rasy, Co więcej nigdy żaden beagle z mojej hodoeli ani z hodoewli które znam nie miał chorób serca ani padaczki już wyjaśniam dlaczego bo ich rodzice byli badani i psy chore lub obciążone genetycznie nie były do rozrodu dopuszczane ,Co do chorób oczu i tarczycy zdarzają się głównie w starszym wieku i to nie częściej niż u innych ras. Niestety takie dane pochodzą często od psów BEZ rodowodu awięc nie beagle tylko psów w typie a to nie to samo. Reasumując jest system prostych zachowań które na stałe wytępią pseudo : 1.EDUKACJA i to nie tylko przez hodowców ale przez szkoły przedszkola toz organizacje i fundacje typu np.VIVA- super robotę odwala Psia Mać 🙂 2. nie oszczędzać na zakupie szczeniaka bo tam blisko bo taniej tylko jechać do porządnej hodowli i kupić porządne szczenię nie targując się o 100 zł z hodowcą za jego ciężką pracę 3. Nie powtażać mitów że ta rasa taka a ta inna ,że bez rodowodu bo 6 w miocie albo wystawy brakowało,bo jeden miot dla zdrowia suczki, bo sterylka to otyłośc i nowotwory itp. 4. NIE ROZMNAŻAĆ PSÓW BEZ RODOWODU I UPRAWNIEŃ HODOWLANYCH. 5.wymusić na władzy uściślenie przepisów i PRZESTRZEGANIE PRAWA. Jak spełnimy te warunki to psełdohodowle same znikną bo po co produkować szczeniaki których nikt nie będzie kupował. Z poważaniem Kinga Topolska Hodowca

  • faunaifloraxd6

    faunaifloraxd6

    Ja mam psa rasy beagle ale ona nie ma tego papierka ale ma 100% pochodzenie beagla i mom zdaniem nawet jeśli jest skundlona to przynajmniej będzie odporna na większość chorób , np. kleszcz : miałam labladora z rodowodem i od kleszcza zdechł więc ……

    • Redakcja

      Redakcja

      Niestety, rasa psa nie ma ŻADNEGO wpływu odporność na kleszcze! Jest to MIT. Kleszcze przenoszą rozmaite, śmiertelnie niebezpieczne choroby: babeszjozę, boreliozę, kleszczowe zapalenie opon mózgowych i mózgu… Oczywiście nie każdy kleszcze jest zainfekowany bakteriami czy pierwotniakami , dlatego zdarza się, że pies łapie kleszcze i nic mu się nie dzieje (bo kleszcze są „czyste”), a potem może trafić na tego jednego felernego, który przekaże zwierzęciu chorobę. Więcej o kleszczch możesz przeczytać m.in. tutaj: http://www.pies.pl/maly-wielki-wrog/ lub tutaj: http://www.pies.pl/babeszjoza-i-borelioza/ Pozdrawiamy! Redakcja

    • zloty66

      Rasowe i kundle zapadają na te same choroby i tak samo bernardyn może mieć dysplazje jaki i zwykły kundel. Od kleszcza również nie ma różnicy i to, że skundlona i nie ma rodowodu to znaczy że poparłaś pseudohodowle.

  • Łapka

    Julia2oo3

    Przed przeczytaniem tego nie wiedziałam, co to pseudohodowla. Myślałam: zwykła hodowla, psiaki tylko pewnie trochę skundlone. Przeogromnie się myliłam. Ja mam kundelka, więc wiadomo, nie mam rodowodu 🙂 Ale jeśli kiedyś zdecyduję się na rasowego psa, liczyły się będą głównie dwie rzeczy: sprawdzona hodowla i rodowód. To prawda, na psa z rodowodem idzie więcej kasy. Ale w życiu, nigdy w życiu nie dała bym nawet grosika na pseudohodowlę (a przecież rozpoznaje się je głównie po braku rodowodu). Co robi się, kupując psa z pseudohodowli? Zasila się rozmnażalnie niewinnych zwierząt, które żyją tam w… nie da się ubrać w słowa w jakich strasznych warunkach żyją te psiaczki. Lepiej wydać pieniądze na dobrą hodowle i zyskać zdrowego, dobrze socjalizowanego pupila. 🙂

  • Pupilexpert.pl

    Pupilexpert.pl

    Bardzo trudny teamt ile osob tyle opinii

  • Kasia

    Kasia

    Ja osobiście niemama do psa radowodu, ogólnie wiecej kasy, no cuz tak rodzice muwia

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby zostawić komentarz.

scroll to top