reklama

reklama

reklama

reklama

    Felietony
Nugat - Złamana kariera


Wśród nocnej ciszy rozlega się wiele głosów: namiętne kumkanie żab, ponure pohukiwania sów, podejrzane pluski i romantyczne trzaski. Głos schrypnięty jest mój.

Nie zawsze był taki, o nie. Kiedyś głos mój był czysty i donośny. Ciął noc jak nóż, mknął w przestworza; jak Céline Dion atakował górne rejestry, by zaraz łagodnie spłynąć w dół i zabrzmieć jak zmęczona życiem stara śpiewaczka gospel. Mój głos budził jednocześnie strach i zachwyt; wyczuwało się w nim siłę i zdecydowanie. Głos ów odziedziczyłem po moich przodkach, ci zaś ćwiczyli z Wagnerem i Mahlerem. Świadom swego waloru, spędzałem dnie, rozważając miejsce przyszłego angażu: Wiedeń czy Mediolan?

W tym czasie przeprowadziliśmy się na wieś, gdzie dostęp do kultury wysokiej jest znacznie ograniczony. Z konieczności musiałem więc zająć się kulturą nieco niższą, licząc, że uda mi się wywrzeć przemożny wpływ na otoczenie, które wkrótce przejmie moje nawyki. Krótko mówiąc, liczyłem na zbiorowe wieczorne słuchanie koncertów symfonicznych i pouczające gorące dyskusje tuż po nich. Chwilowo musiałem się zadowolić hasaniem, wąchaniem, znaczeniem terenu oraz muzyką wsi; ostatecznie kulturalna jednostka potrafi dostrzec piękno także w folklorze. Wkrótce postanowiłem karierę operową zamienić na naukową jako trwalszą, pewniejszą i przynoszącą większy pożytek pokoleniom. Czas miał pokazać, jak słuszna to była decyzja.

To stało się pięknego wiosennego dnia. Pan zawołał mnie rano i rzekł: "Idziemy, Nugat". Ucieszyłem się, bo hasło to zwykle oznaczało dla mnie możliwość pogłębienia wiedzy empirycznej celem przepuszczenia jej przez aparat racjonalno-krytyczny, czyli spacer do lasu. Przybiegłem posłusznie, grzecznie pozwoliłem sobie zapiąć smycz, czego zdecydowanie nie cierpię. Przez chwilę udawałem, że umiem chodzić na smyczy. Tu uczynię wyznanie: mimo najlepszych chęci przy nodze udaje mi się przejść jakieś 5 metrów, potem łapy usamodzielniają się i zaczynają biec. Ja krzyczę "stop", a one swoje. Co robić, muszę biec za nimi! Ani panu, ani pani specjalnie się to nie podoba. Trochę ich rozumiem i nawet się wstydzę. Kto widział, żeby poważny naukowiec zachowywał się w ten sposób!

Do rzeczy. Dałem się zapiąć na smycz, a moje łapy okazały posłuszeństwo. Trochę się zdziwiłem, że wsiadamy do samochodu, ale parę razy już tak robiliśmy, więc złożyłem to na karb ludzkich fanaberii. A może jedziemy do miasta?! – pomyślałem z nadzieją. Nie żeby mi tu było źle, ale do miasta czasem warto wpaść powąchać znajome smrody, pardon, zapachy. Zmysł orientacji szeptał mi, że jedziemy w złym kierunku. Powiedziałem o tym panu, ale mnie zignorował. W mózgu zapaliła mi się czerwona lampka.

Jechaliśmy i jechaliśmy, ciągle skręcając. Zrobiło mi się nawet trochę niedobrze. W końcu zatrzymaliśmy się. Uwierzycie?

W szczerym polu! Konkretnie przy chałupie stojącej tamże. Mgiełka łagodnie kładła się na polu, listki brzóz cichutko szemrały. Sielankę psuł tylko dziwny zapach. W głowie zaczął brzęczeć alarm – głośno i nieustannie! To zapach psiego strachu i tęsknoty. Za chwilę zobaczyłem boksy: mniejsze i większe, a w każdym smutny, nieszczęśliwy pies.

Najpierw zatrząsł mi się ogon, a potem kolejno każda cześć ciała. Po chwili trząsłem się po krańce uszu. To był psi hotel! Wiele o tym czytałem, wiele słyszałem. Sądziłem jednak, że opowieści o często luksusowych ośrodkach, w których państwo czasowo umieszczają psy, należą do legend. Tymczasem właśnie miałem okazję stwierdzić, że hotele te są faktem.

Przez chwilę żyłem nadzieją, że znaleźliśmy się tu przypadkiem, że pan, znając moje zamiłowanie do wiedzy, chcąc być miłym, przywiózł mnie tu w celach badawczych. Nadzieja okazała się oczywiście płonna.

Warunki w hotelu były bardzo przyzwoite: boksy przestronne, pościel zmieniana, posiłki regularne; koledzy mniej lub bardziej na poziomie. Nic mnie to jednak nie obchodziło. Dotychczas nie wiedziałem, że można tak cierpieć. Bolała mnie każda kosteczka, każdy mięsień wył z tęsknoty. Nie jadłem, przestałem czytać i myśleć.

Szczekałem dwa tygodnie. Mój głos – czysty i silny – z czasem stał się chropowaty, słabszy. Kiedy pan po mnie przyjechał, brzmiałem jak nienaoliwione drzwi. Ale gdy do mnie podszedł, wybaczyłem mu wszystko. To mój pan i kocham go.

Angelina Jolie wytatuowała sobie starą rzymską zasadę: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Choć ja na skórze mam wytatuowane co innego, to tę zasadę przyjmuję za swoją. Na marginesie: mój stosunek do tatuaży jest ustalony, ale o tym innym razem.

Czytaliśmy dziś z panem kolorowy magazyn dla panów. Chrypka jest w tym sezonie niezwykle trendy. Chyba nawet jestem metroseksualny.

Nugat



 
  Klubowicze, którzy czytali ten artykuł:
 
 Wasze komentarze:     Dodaj nowy
 
 
    ~kama 08:56 | 24-10-2008   Odpowiedz
 

NUGAT JEST ....................SŁODKI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!







(c) 2008 PIES.PL | reklama w portalu | made by: Webprovider.pl