|
|
| Polemiki |
Eutanazja - dobrodziejstwo czy wyrok?
Eutanazja budzi ogromne emocje. Czy to ostatnia przysługa, jaką można oddać psu? Czy też chęć zrzucenia z siebie obowiązku opieki nad chorym zwierzęciem? Większość właścicieli woli o tym nawet nie myśleć, a już na pewno nie chce o tym rozmawiać. Ale rozmawiać trzeba.
Rozmawiają Anna Redlicka – sędzia kynologiczny, tłumaczka i autorka książek o psach, hodowca welsh corgi oraz Małgorzata Szmurło – lekarz weterynarii, międzynarodowy sędzia kynologiczny, hodowca chartów polskich.
Małgorzata Szmurło: Przyznam, że przeraża mnie niefrasobliwość ludzi w podejmowaniu ostatecznej decyzji dotyczącej życia ich zwierząt. To niewątpliwie trudny dylemat - podjąć walkę czy uśpić, "żeby się nie męczył"...
Anna Redlicka: Ale po co ta ironia, walka nie zawsze może być wygrana. Jeśli można leczyć, pomóc - tak. Dostaję gęsiej skórki, kiedy słyszę: "Ach, jak on się męczył, cały ostatni rok tak cierpiał, ale jakoś go ciągnęliśmy". Oburza mnie taki fałszywy humanitaryzm. Zwierzę męczy się tylko po to, by państwo mogli się nadąć i napuszyć, jak to oni za wszelka cenę ratowali mu życie i ile się przy tym namęczyli.
MS: No dobrze, ale z moich obserwacji wynika, że tylko nieliczna grupa właścicieli podejmuje walkę o życie podopiecznego, nie patrząc na trudności. Przychodzą do lekarza kilka razy w tygodniu, a nawet codziennie. Utrzymują przy życiu swych starych przyjaciół. Pozwalają odejść im godnie, cóż bowiem może być niegodnego w miłości, przyjaźni i trosce? Czy zwierzęciu, które spędziło z nami całe swoje życie, nie należy się troska i opieka w chorobie i na starość?
AR: Według mnie to są dwie strony tego samego medalu - braku prawdziwej miłości. Jedna to pospieszne usypianie, kiedy tylko zniknie młodzieńczy blask, a pojawią się pierwsze dolegliwości podeszłego wieku. Druga to przedłużanie życia za wszelką cenę, bez oglądania się na jego jakość.
MS: Dla wielu osób stare zwierzę jest po prostu kłopotliwe. Twierdzenie, ze się meczy i trzeba je uśpić, jest podyktowane wyłącznie chęcią uniknięcia kłopotów. Dorabia sie wiec ideologie do niewdzięczności i usypia psa. Stary pies niedosłyszy, niedowidzi, sztywno chodzi i brzydko mu pachnie z pyska...
AR: Ale my ciągle mówimy o dwóch rożnych rzeczach. Usypianie psa tylko dlatego, że niedowidzi, czy też rozsiewa niemiłe wonie, to zwykła znieczulica. Czasami mam wrażenie, że z ludźmi jest coś nie tak. Zajęcie sie starymi, chorymi rodzicami czy dotkniętym choroba współmałżonkiem urasta do rangi bohaterstwa. A to nie jest żadne bohaterstwo, tylko zwyczajne ludzkie postępowanie. Ta sama norma dotyczy również psów. Skoro był dobry jako mały, dekoracyjny szczeniaczek, to jest tak samo dobry jako zniedołężniały staruszek. Trzeba mu zapewnić godne warunki starości – właściwą opiekę i leczenie. I prawo do godnej śmierci, bez niepotrzebnych męczarni, wtedy gdy nie możemy już nic innego zrobić, żeby mu pomóc.
MS: Uśpić psa to znaczy odebrać mu życie przy zastosowaniu środków chemicznych. Odebrać nieodwracalnie – po uśpieniu nie da się go już obudzić. Moim zdaniem mamy moralne prawo uśpić wówczas, gdy wyczerpaliśmy już wszelkie możliwe środki pomocy, a psa nie czeka w życiu już nic poza cierpieniem.
AR: Tu sie akurat zgadzamy doskonale. Inna sprawa, że we współczesnej cywilizacji unika sie rozmów o śmierci. Jakby nigdy nie miała nadejść. Ona tymczasem nadchodzi, a dla naszych czworonożnych przyjaciół znacznie szybciej, niż byśmy chcieli.
I to nieprawda, że w przypadku bardzo starego psa jesteśmy na nią przygotowani. Ja się tak wściekam na tych, co bez końca przedłużają cierpienia psa, ale przecież doskonale ich rozumiem, bo to bodaj najtrudniejsza decyzja w życiu. Nawet gdy człowiek jest przekonany o jej słuszności.
MS: Nie zgadzam sie z twierdzeniem, że lepiej psa uśpić niż patrzeć, jak sie będzie męczył w czasie leczenia. Dla niektórych owa męczarnia jest tożsama z... gipsem na łapie czy z koniecznością podawania kroplówek, przeprowadzenia operacji czy rehabilitacji po urazie. Dla niektórych perspektywa amputacji kończyny - całkowitej lub częściowej - jest wystarczającym powodem do pozbawienia psa życia. A powód dalej jest taki sam: "żeby się nie męczył".
AR: Zapominasz, ze niektórzy mają "czule" serduszka i nie mogą patrzeć na biednego kalekę...
MS: Oczywiście, pies może nie odzyskać w pełni sprawności w wyniku takiej czy innej choroby, odniesionego urazu. Mimo to będzie wiódł szczęśliwe życie. Właściwie lepiej powiedzieć "nie" mimo to, ale dzięki temu, ponieważ właściciele otaczają psiego inwalidę większą troską i czułością, pozwalają mu na znacznie więcej niż wówczas, gdy cieszył sie pełnią sił. Jego życie jest zatem weselsze. Pies nie odczuwa swego kalectwa w sferze psychicznej - nie cierpi, bo czegoś w życiu już nie dokona. Nie twierdzę, że nie wie, iż trudniej mu biec czy wskoczyć na kanapę. Ale na pewno nie martwi się po nocach, że nie będzie mógł np. wystartować w zawodach agility. Za to nadal cieszą go drobne radości codziennego życia, jak pełna miska, wylegiwanie sie na posłaniu czy pieszczoty właściciela.
AR: Toteż prawdziwy miłośnik psów będzie swojego ulubieńca leczył i hołubił, zapewniając mu godną starość. Są jednak ludzie dotknięci znieczulica. Jedni z nich uśpią, inni wyrzucą starego psa na ulice. Pól biedy, gdy oddadzą go w dobre ręce, gdzie psina ma szanse dożyc późnej starości – chociaż ze złamanym sercem. Bo dla starego psa zmiana domu to potworny szok, który skraca życie i odbiera zdrowie.
MS: Psy kalekie, stare, po przejściach też mają prawo do godnego życia. Nieprawdą jest, jakoby uśpienie miało być dla psa mniejszym stresem niż oddanie w dobre ręce, gdy okazuje sie, że nasze dziecko czy my mamy alergie. W naturze psowate też zmuszane są do opuszczenia stada i szukania szczęścia w innej grupie - dotyczy to zwłaszcza samców.
AR: Wróćmy jednak do zasadniczego tematu naszej rozmowy. Jako wieloletni hodowca i biolog stoję na stanowisku: leczyć - tak! Męczyć - nie!!! Żeby nie wiem jak trudna była dla właściciela decyzja o eutanazji, zdarzają sie sytuacje, kiedy trzeba ją podjąć i nikt nas w tym nie wyręczy, bo to jest cześć naszej odpowiedzialności za psa, nikt jej z nas nie zdejmie.
MS: Uważam, że w sytuacji beznadziejnej, gdy zwierzę naprawdę cierpi i nie ma szans na wyleczenie, podjecie decyzji o uśpieniu jest wręcz konieczne. I tu nie można nie docenić roli lekarza weterynarii. Często jest to bardzo niewdzięczna misja, ponieważ właściciele spychają na lekarza całkowitą odpowiedzialność za eutanazję, argumentując, że się nie znają, że podporządkują się decyzji. Wielu właścicieli dla spokoju własnego sumienia uznaje, że ich obowiązkiem jest pozwolić zwierzęciu umrzeć samodzielnie. Choć w wielu wypadkach oznacza to zamęczyć się na śmierć. Powolne umieranie, np. w przypadku zaawansowanej choroby nowotworowej o charakterze nieuleczalnym, to pasmo niewyobrażalnego cierpienia. Zwierze zwykle umiera w ciszy, co właściciel tłumaczy opacznie: "Przecież nie cierpi, nie piszczy, nie wyje..." A to, że nie rusza się z posłania, że nie chce jeść, że jego oczy dawno straciły blask, nie wystarczy? Czy nie jesteśmy mu tego winni za kilkanaście lat bezinteresownej przyjaźni? Czy nasz pies nie ma prawa do godnej śmierci? Dlaczego musi odchodzić w bólu?
Klubowicze, którzy czytali ten artykuł:
Wasze komentarze: Dodaj nowy
| |
|
~Ola 02:23 | 12-12-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Mój horror zaczął się rok temu. Ukochanej Córeczce pojawiło się coś na ogonku. Lekarze nie wiedzieli co to jest, mimo, że urosło do wielkości śliwki, weterynarze kazali mi robić okłady z gorącej kurkumy, a biopsja dała wynik negatywny. Miesiąc później trafiłam do doskonałego weterynarza, który mimo planowanego wyjazdu stwierdził, że musi zrobić jak najszybciej operacje, bo wydaje mu się że to coś poważnego. Niestety, okazało się że ma racje- to naczyniakomięsak. Wydawało mi się że mój świat legł w gruzach, a to był dopiero początek. Parę miesięcy temu pojawiły się kolejne guzki, wyciętę lecz mimo tego moja Księżniczka wydawała się być silna i wesoła. Jednak wynik ostatniej operacji dał wynik tragiczny- chłonniak złośliwy. Weterynarz jednak zaproponował jedyne z możliwych wyjść- chemioterapię. Z płaczem w oczach, z rozdartym sercem- zgodziłam się. Od chwili diagnozy pierwszej diagnozy minął rok, mojej Małej już ze mną nie ma, jednak był to wspaniały rok. Wracałam wcześniej z pracy, żeby przytulić się do Córeczki, rano woziłam Ją do mamy, żeby nie była sama w domu, spałam z nią pod kołdrą.. wstawałyśmy i kładłyśmy się spać razem. Była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Trzy tygodnie temu, po przyjściu do domu, moje Ukochane Maleństwo zaczęło puchnąć. Wylądowałyśmy u weterynarza, diagnoza- skręt żołądka. Szybkie sondowanie, płukanie. Tydzień później- to samo, mimo żę Maleństwo nic nie jadło. W sobotę zdarzyła się taka sama sytuacja. Nie wiedziałam co robić bo mój zaufany weterynarz nie pracuje w weekendy a nie odbierał komórki. Wsiadłam w samochód i do Lecznicy 24h. Diagnoza- skręt. Po zabiegu, ciężkim dostaniu się do żołądka- znowu puchł. Po ogromnych cierpieniach Psiaka, odebrał telefon weterynarz i otworzył dla mnie Klinikę. Stwierdził- operacja. Okazało si ę, że moja Ukochana, jedyna Dziewczynka ma nowotwór wpustu żołądka,przełyku (naciek). Nowotwór pewnie byłby przeze mnie wycięty, gdyby nie fakt że mała miała za mało płytek krwi, tylko 7 tys! więc każdy krwotok, skończyłby się śmiercią. JESTEM ZAŁAMANA, NIE CHCE MI SIĘ ŻYĆ I MAM DOSYĆ TEGO CHOLERNEGO ŚWIATA! WSPÓŁCZUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY MAJĄ PODOBNE PROBLEMY, WIEM JAK TO BOLI...
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Agnieszka właścicielka Bazylego 04:18 | 16-01-2012 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
14.01.2011 podjęliśmy decyzje o uśpieniu naszego ukochanego
Bazyla..Bazyl miał nowotwór serca, leczony był
chemioterapią, ostatnio dołączyła się niewydolność nerek,
zbieranie się płynu w płucach i brzuchu, przestał jeść i
wymiotował lekami a potem już krwią...lekarze na klinikach
byli bezradni nie potrafili nic nowego wymyśleć żeby mu
pomóc...mój ukochany Bazyl od paru dni był bardzo osowiały,
nie reagował nawet na nas. pojechaliśmy na kliniki prosząc
żeby mu pomogli, ale oni dalej proponowali te same leki..
Bazyl pare razy zwymiotował się krwią przed
klinikami...zdecydowaliśmy że nie może on więcej tego
przeżywać, że musimy mu ulżyć w cierpieniu skoro weterynarze
nie mogą już nic więcej...to było najgorsze doświadczenie
jakie mogliśmy przeżyć...najtrudniejsza decyzja w
życiu...Bazyl walczył z rakiem 1 rok i 4 miesiące, ale
dopiero w ostatnim miesiącu czuł się bardzo źle,...Po
wykonanym uśpieniu zaczęłam czuć ogromne wyrzuty sumienia...
że może jeszcze coś powinnam zrobić, poczytać w internecie o
tym, zawieść go do innych weterynarzy...Czuje tak wielki
ból...że nie da się go opisać...cały czas analizuję co
mogłam jeszcze zrobić...i oczywiście teraz wpadam na różne
pomysły...Ten artykuł ma wydźwięk pocieszający, ale ja do
końca życia będę już chyba nosić ciężar winy za to, że
mogłam coś jeszcze zrobić...a nie zrobiłam...
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~DARIA 02:03 | 30-06-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
tato wzioł rokiego ze schroniska 8 lat temu (miał wtedy ok 6lat) jest powsinogą ale od razu go kokochałam, nigdy nikogo nie ugryzł nawet gdy braciszki wsadzili mi olowek w odbtu (by sprawdzić jego reakcje) rokitka jest(był) ze mną dzo dzisiaj. musialam podjac dezycie, nie bylo mi latwo walczylam o jego zycie prawie 2 lata, wykryto u niego raka jelit, chcialam aby umarl sam, z rodzina ze mna, ale niestety tak sie nie stalo. urodzilam dziecko, zdrowa cureczke, po jakims czasie okazalo sie iz ma uczulenie, w ciezkim stanie trafila do szpitala, rokisia byl tylko iednym z czynnikio, ale wiadoma dziecko jest wazniejsze. odwlekalam tej chwili, ale nie mialam wyjscia.probowalam zapewnic mu jak najlepsze dni, ale on cos czul. bylo to pare godzin temu, nie moge sie z tym pogodzic, chcialam mu znalesc nowy dom,ale nie udalo mi sie, nie chcialam go dac do schroniska- nie mial by zadnych szans, nikt go nie chcial przygarnac, same uspanie psa bylo dla mnie meka. mam nadzieje ze mnie bardziej to bolalo niz jego, i ze mi to wybaczy. kocham go, ale kocham i moja curke a ono jest wazniejsza, chociaz mi serce peka, bede miec go w pamieci.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Gonzo 12:20 | 03-06-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
01.06 odszedł mój ukochany przyjaciel, który był ze mną 13 lat. W ciagu miesiąca wszystko potoczyło sie tak szybko. Pewnego dnia po spacerze usiadł, zakasłał i nie mógł chodzić. Nie jadł nie sikał, był osowiały. Pierwszy lekarz zrobił mnóstwo badań, EKG, trzy RTG, USG i niec nie zobaczył oprócz niewydolności serca. podał leki ale to wystarzyło na 2 tygodnie. potem nastepny atak - przestał chodzić , brzuch z dnia na dzień robił się jak bania - nie sikał tylko wyrzuczał z siebie ogromne ilości płynu i tracił przytomność. To było okropne patrzeć na niego jak sztywnieje - myślała, ze to koniec ale on znowu otwierał oczy. Następny lekarz od razu postawił diagnozę, która potiwerziła się po kolejnym badaniu USG- 6cio cm guz śledziony. To on jak pękał dawał takie objawy i pies cierpiał. Leakrz powiedział albo operacja ale przy jego sercu nie dawał szans, albo eutanazja już albo leczenie do nastepnego ataku. Zdecydowaliśmy podać mu jeszcze leki - cieszyliśmy sie, ze jeszce bedzie z nami. Miałam nadzieję, że Będzie to trwałao długo , bo to wiejski, mocny kundelek:). Mój Gonzo żył sobie wesoło i bezbolesnie 2 tygodnie aż nagle, po porannym udanym spacerze zaczął bardzo skomleć i znowu przestał chodzić, brzuch jak bania, znwou tracił przytomność, nie ruszał się . Tego dnia kiedy przyszłam z pracy pomachał jeszce ogonem, podałam jeszcze leki ale już nie zadziałały, znowu zwymiotował stracił przytomność. I ta okrutna decyzja...nigdy nie bedę wiedziała, że słuszna - Nikt nie wie. Byłam z nim do końca. Przeprosiłam. Zasnął na naszych rękach. Już nie cierpi .... ale cerpię ja. Ciagle go widzę jak 'smędzi' się po domu, czuję jego zapach. Dziękuję lecznicy Vetka w Warszawie i cudownemu dr. Konarskiemu za ludzkie podejscie do mojego Gonza ale również i do nas właścicieli.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~aneta 05:12 | 29-05-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
ja mam suczkę Sabę ma około 18 lat wzięłam ją ze schroniska
bardzo dawno temu. Ostatnio wyszłam z nią na dwór bez smyczy
weszłam na chwilę do sklepu , patrze leży na trawie myślałam
że si załatwia a tu sąsiadka z góry przyszła i mówi że
widziała jak samochód ją potrącił i pojechał . Byłam w szoku
i moja sunia też . Potrącił i pojechał tak najlepiej.
zostałam sama . Myślicie że ktoś mi pomógł? nie nikt ,
znieczulica , niektórzy patrzyli ale nawet nie ruszyli
swoich tyłków aby mi pomóc /pies waży 20 kg/. Prosiłam w
bloku skogoś aby mi pomógł aby zawieść moją suczkę do
weterynarza nikt nie chciał bo maja gdzieś psa. To nie
człowiek stwierdziła jedna z sąsiadek a druga to nie mało że
mi w twarz nie dała.Cieszą się że jej nie będzie. To podli i
chorzy ludzie. Nie mam pieniędzy żeby ją uspić i musiałam
pożyczyć na taksówkę do weterynarza , pojechałam dał
zastrzyki i nic więcej jak wracałam to 10 km na plecach
niosłam psa nikt mi nie pomógł , byłam obkupana , obiskana i
cała brudna. Gdzie ludzie mają serce? Pytam się co to jest
za społeczeństwo które z jednej strony propaguje pomoc i
miłosiredzie a z drugeij strony pozwala umierać np. mojemu
psu bo jestem w bardzo ciężkiej sytuacji finansowej.
prosiłam wszystkich o pomoc nikogo nie obchodzi to co ja
mówię i każdy ma w dupie że pies umiera. Dzisiaj jest 3
dzień od wypadku psa , zdycha na moich oczach a je nie mam
pieniędzy żeby jej pomóc. Oddycha cięzko , i nie rusza się ,
oczy ma takie smutne i płacze dokładnie płacze nie widziałm
nic takiego jeszcze w moim życiu. Najgorsze jest to że nie
ma mi kto pomóc w sprawie psa. Znieczulica panuje i tyle .
Jak ktos by chciał mi pomóc to podaje numer telefonu lub
emaila: suczka155@wp.pl , telefon : 698 233 532 mieszkam w
żarach woj. lubuskie
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Inka 05:26 | 20-04-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Jestem głęboko poruszona wypowiedzią Pani AR! ,,by właściciele mogli się nadąć i napuszyć"-oburzające. Czy Pani wie ile kosztuje właściciela decyzja o eutanazji??? A weretynarze to zupełnie inna sprawa:mój pies miał babeszjozę, która poczyniła ogromne spustoszenia w organiźmie,nowotwory na wszystkich sutkach,2xparaliż(jamnik),1xpotrącił ją samochód,zwapninie nerek,marskość wątroby,3cm kamień w pęcherzu moczowym no i 13 lat a lekarz na to: operować, leczyć... i płacić. Kiedy pytam jaka jest szansa, że w ogole przeżyje operację słyszę: no takiej gwarancji to nikt Pani nie da. Jestem wściekła bo wychodzę z psem kilka razy w nocy na spacer, kiedy wracam do domu śmierdzi fekaliami i takie głupie wypowiedzi o nadętych,leniwych właścicielach są wyjątkowo okrutne i podłe!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Inka 05:25 | 20-04-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Jestem głęboko poruszona wypowiedzią Pani AR! ,,by właściciele mogli się nadąć i napuszyć"-oburzające. Czy Pani wie ile kosztuje właściciela decyzja o eutanazji??? A weretynarze to zupełnie inna sprawa:mój pies miał babeszjozę, która poczyniła ogromne spustoszenia w organiźmie,nowotwory na wszystkich sutkach,2xparaliż(jamnik),1xpotrącił ją samochód,zwapninie nerek,marskość wątroby,3cm kamień w pęcherzu moczowym no i 13 lat a lekarz na to: operować, leczyć... i płacić. Kiedy pytam jaka jest szansa, że w ogole przeżyje operację słyszę: no takiej gwarancji to nikt Pani nie da. Jestem wściekła bo wychodzę z psem kilka razy w nocy na spacer, kiedy wracam do domu śmierdzi fekaliami i takie głupie wypowiedzi o nadętych,leniwych właścicielach są wyjątkowo okrutne i podłe!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~mamcia 11:17 | 28-03-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
w dniu 26 marca 2011 roku musiałam uśpić swoją największą przyjaciółkę jaką miałam w życiu, która żyła 15 lat i 1 m-c.
Mając 7 lat miała operację z powodu ropomacicy, gdzie lekarze dawali jej życia tylko pól roku max. rok, a przeżyła pełne 15 lat. Była dla nas wszystkim największym przyjacielem, dawała bardzo dużo ciepła, co bardzo rzadko się zdarza -jej dobroć biła na każdym kroku dla domowników. Dbaliśmy o nią bardzo, gdzie żyjąc z rakiem -wodobrzusze- była zawsze bardzo pogodna mimo, że miała bardzo często bóle, ale dzięki diecie nie cierpiała. Od października nie wychodziła na podwórko, aby się załatwić, bo spadała ze schodów, gdzie swoje potrzeby załatwiała w domu, ale była bardzo czysta, bo czekała jak jej podłożę kuwetę z papierowym ręcznikiem i workiem na śmieci. Kiedy zrobiła kupkę, to patrzyła się na mnie, aby ją zabrać nie ruszając się, bo miała problemy z opróżnianiem się. Pod koniec stycznia zaczęła mieć problemy z chodzeniem, a w lutym położyła się na dobre, bo nie mogła chodzić tylnymi nóżkami, nie poszłam do wet bo nie miała pieniędzy, bo nie mam pracy od ponad 10 lat, bo jestem jak moja MIŚKA STARA, ale leczyłam ją jak mogłam, kupując specjalne karmy i witaminy oraz suplement, który mial ją podnieść. Nie pomogło, bo rak dał znać o sobie, gdzie w ciągu paru dni, a nawet godzin odmówiła wszystkiego jedzenia, picia, a w dniu uśpienia z bólu zwijała się, gdzie dostała drgawek. Uspokoiła się kiedy byłam przy niej, ale za pare minut zaczęła wymiotować wodą z krwią. Lekarz który przy tym był powiedział, że tak długo żyła, bo miała bardzo dobrą opiekę, a ja nie karmiłam mojej MISI, a tego gada raka. Rozpoznał zanik mięśni, wodobrzusze, które było przyczyną do uśpienia, bo był to RAK. Byłam tylko przy pierwszym zastrzyku, a przy drugim kazał nam wyjść i mam wielki żal do siebie, że nie byłam przy niej do ostatniej chwili, że nie trzymałam ją za łapkę, tak jak było ona przy mnie i wierzyła tylko mnie i napewno chciała, abym była przy niej, JAK JA RYCZĘ ZA NIĄ JAK MNIE JEJ BRAKUJE, ALE NIE TYLKO MNIE ALE TEŻ MĘŻOWI, KTÓRY UDAJE TWARDZIELA, A PO KONTACH PŁACZE I JEST NA WSZYSKICH ZŁY. Brakuje nam jej w kuchni, tego legowiska, gdzie miejsce jej zajęła druga psina młodsza o 3 lata. Brakuje mnie prania po niej jej rzeczy, zapachu ale mamy nadzieje, że jest z nami. Dziś dała znać, że jest przy mnie w godzinę swojej śmierci, a dowodem było czytanie na temat wodobrzusza, gdzie monitor komputera nagle zrobił się czarny z białym kursorem na czas 2 minut i po tym czasie otworzył sie ponownie. Dała znak, że jest przy mnie. Życie i ludzie sa okropni, gdzie bez pieniędzy nie pomogą leczyć, bo kasa jest najważniejsza. Wychowywana była całe życie z psami, ale takiej psiny nigdy nie mieliśmy, była to wyjątkowa psina i dlatego miała tyle miłości z naszej strony i wiem, że nigdy już takiego psiny nie będę miała.Ale nie żałuje że skróciłam jej życie, bo nie cierpi i nie patrze się jak szuka u mnie pomocy, gdzie leżałaby jeszcze jak powiedział lekarz 2 dni konając w bólu i wymiotując wodą z zepsutą krwią. Na kilka godzin przed nagłym pogorszeniem się jej stanu obeszła ze mną całe mieszkanie, tam gdzie zawsze zaglądała jak była malutkim pieskiem - stanęła , zamyśliła się, jakby wspominała młode lata i poszła się położyć. Od tej pory nie wstała już, nie chciała się podnieść, nie załatwiła się, patrzyła tylko oczkami, które szukały pomocy, podnosząc ją, łebek był bezwładny, ale widziałą co do niej mówię, a mój dotyk uspokoił ją, ale k...a dlaczego wyszłam nie byłam przy niej w ostatnich chwilach jej życia, dlaczego posłuchałam lekarza i wyszłam, to nie daje mnie tylko spokoju, że była sama, gdzie zawidła się na mnie, gdzie tak bardzo mnie ufała.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~mariusz 01:42 | 17-02-2011 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
To co pisze,pisze w ogromnym bólu,wczoraj zdecydowałem się na eutanazje swojego przyjaciela,przyjaciela całej rodziny,12 letniego dalmatyńczyka o imieniu NIKI.Ile bólu kosztuje taka decyzja nie da się opisać,bo zawsze jest to zawsze dylemat co do słuszności decyzji.Uważam jednak,że lepiej zadać ból sobie niż pozwalać męczyć się psu który czuje tylko ból bo nowotwór zaatakował mu narządy wewnętrzne z licznymi przerzutami.Pies który był pełen życia w ciągu 2 tygodni stał się biednym i pełnym cierpienia zwierzakiem,który nie miał siły wyjść na dwór,ciężko było wstać mu do miski,bo doszedł do tego bezwład tylnych kończyn. Nie życze nikomu widoku przyjaciela,który dniami i nocami wyje z bólu,u którego widać tylko smutek w oczach i bezsilność gdy chce wstać.Weterynarz po USG dał dwa wyjścia, leki które go nie uratują,tylko w pewnym stopniu zmniejszą ból i nie przywrócą sprawności ruchowej lub eutanazja... Byłem przy nim z żoną do ostatniej chwili,czuliśmy wtuleni w niego jak przestaje bić mu serce. Później rozpacz córki gdy po powrocie do domu zamkneliśmy za sobą drzwi bez Nikiego... Serce ściska za kazdym razem widok pustego miejsca gdzie leżał. Wiemy jednak,że nie pozwoliliśmy mu cierpieć tylko godnie odejść
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Anulka 05:51 | 28-12-2010 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Moja ukochana Psica odeszła trzy dni przed świętami. Raka kości miednicy zdiagnozowano u niej 2 listopada. Objawy miała dwa tygodnie wcześniej. Utykała na tylną łapę. Jednak ponieważ była psem bardzo ruchliwym i dynamicznym podejrzewaliśmy naciągnięcie mięśnia. W przeddzień wizyty pojawił się guz na tylnej łapie. Prześwietlenie było jak wyrok. Od początku było wiadomo, że stan jest bardzo poważny a choroba postępuje błyskawicznie. Dostała tylko preparat który miał ją utrzymywać jak najdłużej w dobrej kondycji. Guz rósł szybko. Utrudniał jej chodzenie. Ponieważ podkulała tylną łapę podrażniała sobie pazury. Jednak nie było widać objawów bólu. Psica jadła, piła i wychodziła na dwór. Na szczęście do pokonania miała tylko trzy niskie schodki.Ostatni tydzień robiła się coraz słabsza i zaczęła puchnąć jej łapa. Ale nadal była w niej wola życia. Przechodziłam mnóstwo rozterek zastanawiając się czy jej nie męczę. Myśląc o tym niemalże bez przerwy postanowiłam trzymać się jednej myśli. Pies który je, pije i może się sam załatwić nie zostanie przeze mnie uśpiony. Chyba, że będę wiedziała, że cierpi. Nie wiem czy to była słuszna decyzja. I nigdy tego nie będę wiedziała. Ale jeszcze w dzień przed odejściem zjadła swoją michę. Normalnie piła wodę. Tylko musieliśmy jej pomagać przy wychodzeniu na dwór. A gdy się załatwiła przynosiliśmy ją do domu. Psica odeszła sama w śnie. Nie było widać, żeby się męczyła.Tego samego dnia wracając z pracy do domu myślałam o tym, że nadszedł dzień w którym musimy się z Psicą pożegnać. Los oszczędził nam zastrzyku. Od chwili gdy dowiedziałam się o jej chorobie marzyłam o tym, żeby mogła odejść sama. Trudno mi zapomnieć jak po zastrzyku pod moją dłonią przestawało bić serce mojej poprzedniej Psicy, wiele lat temu. Wiem, że jeszcze wiele razy stanę przed podobnym problemem. I jeśli się da, każdemu zwierzakowi postaram się stworzyć takie warunki aby godnie mógł dożyć swoich dni. Chcę zaznaczyć, że wiedząc jak bardzo chora jest Psica nie udawałam, że ją leczę, nie ciągałam jej co chwila do weterynarza a starałam się dbać o jej poczucie bezpieczeństwa i spokój.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~MONIKA 05:56 | 01-10-2010 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Bardzo dobrze znam ból,który tu opisujecie.Ja musiałam dać uspać moją 7 letnią bokserke,miała guza mózgu bezobjawowo,dostała atak cała w drgawkach łącznie z głową,wyła jak kojot,temperatura ciała 40.7 w krótkim czasie wzrosła do 43.9!!stało sie to naraz po rannym spacerze,walczyliśmy 8 godz.aż w końcu musiałam podjąć decyzje,to było coś nieopisanie strasznego,byłam z nią do końca.Choć mineło już 1,5 roku,dalej rycze za nią,jak czytałam wasze wypowiedzi,przeżywałam wszystko na nowo.....
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~moja niusia kochana:((( 01:00 | 29-08-2010 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Moja kochana 17 - letnia suczka odeszła wczoraj:(( nie mogę sobie z tym poradzić. Miała raka, guz był ogromny, do tego miała jeszcze 2 małe guzki. Już 2 lata temu weterynarz powiedział mi że nie da się tego operować bo piesek jest za stary, mi to nie przeszkadzało ponieważ moja Sarcia biegała jadła i cieszyła się życiem... do tego momentu. Guz przybrał juz taką postać że mała nie mogła nawet się ruszyć, do tego zaczęło to pękać i ciekła jakaś wydzielina. Moja malusia nie mogła juz nawet się załatwić, ale mnie to nie przerazało...mówiłam sobie że to tak jak ze starszy człowiekiem że wymaga opieki i leczenia......cały czas miałam nadzieję...gdy usłyszałam słowa weter że są tylko 2 wyjścia albo hospicjum wtych ostatnich dniach albo zastrzyk......to było straszne nie dał nam juz żadnej nadzieii, mówił że sunia cierpi jest odwodniona temperaturę ma obniżoną i jeśli przeżyje parę dni to będzie dobrze, jak mogłam ją zostawić, ona była już taka spokojna czułam ze muszę pomóc jej i pozwolić odejść bo nic dobrego już nie zazna, to było straszne......do końca byłam z nią trzymałam jej malutki pyszczek...wiedziałam że juz nic ją nie boli ale czy ona tego chciała???? wszyscy mówią mi dookoła ze postapiłam dobrze, ze mała już cierpiała tylko ja tego nie widziałam bo nie chciałam pogodzić się z tym że juz czas pozwolić jej odejść......teraz czuję się fatalnie, ciaglę ryczę bo mojej małej już nie ma. a może mogłam podawać jej leki i pozwolić samej odejść.....nic juz nie wiem jestem głupia to wszystko co się stało nie może do mnie dotrzeć:(((tak bardzo Kochałam moją Niusię że niepotrafię się z tym pogodzić:((
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Gosiaczek 10:56 | 15-02-2010 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Dwa dni temu zdecydowalam sie na ten przykry krok. Moj przyjaciel mial 10 lat i nowotwor watroby. Choroba postepowala bardzo szybko- caly horror trwal 2 tygodnie. Moje malenstwo przestalo jesc, pic, wymotowal krwia, nie mial sily chodzic przestal oddawac mocz. Kilka dni przed moja decyzja psiak ostatkiem sil probowal od nas odejsc zeby umrzec w samotnosci. W jego oczach widzialam ze chce powiedziec dajcie mi spokoj, chce juz odejsc. Moglismy jego cierpienia przedluzyc- podaac kolejne kroplowki, zastrzyki przciwbolowe ale on by sie meczyl. Wiem ze moja decyzja byla dobra. Dwa dni przed eutanazja zaczelam mu o tym mowic. Wiem ze to moze sie dla niektorych wydawac conajmniej dziwne ale mowilam mu ze to nie boli, ze poprostu zasnie, ze pojdzie na swoja chmurke tam wysoko. Bylam z nim do samego konca, przytulalam do siebie. Podziekowalam mu za jego milosc, przyjazn, za to ze z nami byl przez te 10lat. Przy podawaniu zastrzyku psiaczek patrzyl mi w oczy z wdziecznoscia ze wkoncu nie bedzie czul bolu. Kochajcie swoje zwierzaki a odwzajemnia sie wiernoscia, przyazjnia i bezgraniczna miloscia.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~iza 01:15 | 22-10-2009 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Ja z moją sunią byłam 14 lat, przechodziliśmy razem wszystko jej napady padaczki, alergię, zapalenie płuc itd. W marcu tego roku okazało się że ma ropomacicze-oczywiście ratowaliśmy naszą niunie, przeszła operacje pomyślnie. Teraz mamy październik i wczoraj niestety musiałam podjąć tę straszną decyzję. Sabcia miała guza na śledzionie i wątrobie, od tygodnia nie jadła i miała duże trudności z chodzeniem , wet stwierdził że w takiej sytuacji może podawać tylko leki przeciwbólowe bo już się nic nie da zrobić, zastrzyki miały pomóc na 24h a pomagały na8, tak strasznie było mi jej szkoda bo widziałam jak ją to boli i jak się biedna męczy. W końcu zdechłaby z głodu i bólu, była to najtrudniejsza decyzja w moim życiu, ale nie mogłam pozwolić żeby aż tak cierpiała, tak strasznie mi jej brakuje :-(
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
~Akita905 02:30 | 28-07-2008 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Usypiać psów nie wolno w rzadnym wypadku jeśli są zdrowe, bądź chre, lecz w takim stopniu, że da sie je wyleczyć. Ja mam jamniczkę (nierasową). Cierpiała na dyskopatię gdy miała 4 lata. W ogóle nie chodziła na tylnych łapach. Jednak widać było, że ona chce żyć i cieszy się tym życiem. Nie wyglądało to tak, jak by ją coś bolało. Pies nie wyżali się tak jak człowiek... Rodzice, podobnie jak sąsiedzi (Pestka nieźle dokazuje ;) chcieli ją uśpić. Nie wyraziłam na to zgody! Pestka weszła do mojego życia, gdy miałam 5 latek. Nie mogłam się jej pozbyć, bo nam się jej leczyć nie chciało! Zaczeliśmy z rodzicami terapię. Odwiedzaliśmy weta, podawaliśmy leki. Pestka się nie poddawała. Po roku zaczęła chodzić. Nie tak jak zdrowy pies, lecz już ruszała tylnymi łapami. Jak ktoś nie wiedział, to się nie domyślał, że była kiedykolwoek chora. Pamiętam jak pewnego dnia popatrzyła się na mnie jak by mówiła "Ja chcę żyć, więc pozwól mi żyć." Teraz ma już lat 8 i jest w świetnej formie. Nie wiem co będzie gdy mnie opuści... *** Odnośnie usypiania. Lepiej psa uśpić niż czekać aż sam zdechnie, wiedząc, że jest w baaardzo złym stanie. To jest okruciestwo! Nie cierpię osób, którzy w potrzebie zostawiają swojego przyjaciela. Pozwalają mu cierpieć i nic z tym nie robią. Tacy ludzie to zwierzęta!
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
|
|
 |
 |
 |
 |
|
 |
 |
 |
 |