reklama

reklama

    Psy nie do oddania
Bora


Długo myślałam nad tym, od czego zacząć, aż w końcu mnie olśniło - zacznę od początku! Jednak tutaj zaczęły się schody, ponieważ za ten moment można by uznać wiele zdarzeń. Doszłam w końcu do wniosku, że tym moim umownym początkiem wszystkiego będzie chwila, gdy Bora dotarła do mojego mieszkania.

Był to gorący lipiec, żar lał się z nieba, a ja siedziałam ze szczeniaczkami z zaprzyjaźnionej hodowli na tarasie małego jednorodzinnego domku i obserwowałam dość jeszcze niemrawe zabawy maluchów w podgryzanie. W pewnym momencie zadzwoniła do mnie mama. Jeśli mam być szczera, nie miałam ochoty na słuchanie jej „sensacyjnych wiadomości”, aż do chwili, gdy dowiedziałam się, że... mam psa! Moje wypytywanie o rasę czy maść zostały zbyte krótkim „zobaczysz”. Szybko więc opuściłam szczenięta i pojechałam do domu denerwując się po drodze na miejskie korki, które musiały się pojawić akurat na ulicy, którą miałam prościutką drogę autobusem na swoją ulicę.

W końcu dotarłam, ale gdy stanęłam w drzwiach pokoju i zobaczyłam tą małą biszkoptową kulkę siedzącą przy nogach mamy, pomyślałam jedno „O nie!”. Tą kluseczką była bowiem suczka labrador retrievera, a rasa ta, mówiąc delikatnie, nigdy nie należała do moich ulubionych, nie tylko ze względu na wygląd, ale też przez to, że są to psy szalenie inteligentne (aż za, moim zdaniem), radosne, wiecznie żywe i potrzebujące wiecznego kontaktu z właścicielem, a ja wolałam raczej stworzenia niezależne, o kociej naturze. Jednak stało się, klamka zapadła i skoro Bora jest już u nas trzeba się nią należycie zając. Właśnie w tamtym momencie, czy może chwilę później, zaczęła kiełkować nasza miłość.

Razem uczyłyśmy się swoich zachowań i nawyków eliminując to, co złe i ulepszając, co dobre. Mając na względzie, że laby są psami pracującymi, zaczęłam z nią ćwiczyć. Trochę obedience, trochę sztuczek, tropienia, dog dancingu... Tak to się ciągnęło, a przy każdym moim dłuższym wyjeździe bez psa coraz bardziej uświadamiałyśmy sobie, że nie możemy żyć osobno! Ona widziała we mnie przewodnika stada, a ja w niej swoje małe słoneczko, które budzi mnie codziennie rano kładąc swoje trzydziestokilogramowe cielsko na brzuchu i wciskając nos w moją twarz. Nie wyobrażam sobie dzielenia mieszkania, łóżka, z innym psem niż Bora.



Wyjątkowy dla mnie jest każdy jej nawyk czy gest. Nawet po prawie dwóch latach spędzonych razem mam uśmiech na twarzy, gdy sunia kładzie łepek na moją poduszkę i zasypia, chrapiąc donośnie. Niezapomniane jest każde jej spojrzenie, czy to radosne, gdy mamy iść na spacer, zamyślone, czy zdziwione, a w końcu pytające gdy nie wie czego od niej chcę i tylko czeka na wyjaśnienia, by dobrze wykonać moje polecenie. Uwielbiam patrzeć jak w tej małej główce kiełkują pomysły, gdy prawie słychać te wszystkie trybiki i kółka zębate ruszające się w szaleńczym tempie, a bursztynowe oczy zezują to na mnie („Czy ona na pewno mnie nie widzi?") to na upatrzony wcześniej kapeć, z którym potem próbuje wymknąć się dyskretnie do pokoju obok, trzymając łeb przy ziemi. W takich chwilach prawie słyszę jak mówi „Nie widzisz mnie! WCALE nie zabrałam ci Twojego ulubionego buta.", a na moje „Widzę co tam masz." reaguje niemrawym machaniem ogona i szybszą ewakuacją poza zasięg mojego wzroku. Nadal zadziwia mnie, że na spacerach w gronie psich znajomych, gdy naokoło tylko migają szaleńczo ogony czy uszy, Ona wybiera spokojny spacer przy mojej nodze i ryzykuje co najmniej połamaniem łap, ponieważ nie patrzy gdzie idzie tylko unosi łepek by móc odwzajemnić mój uśmiech. Nie żałuję tych wszystkich zjedzonych ładowarek od telefonów, kabli USB od aparatu, pogryzionych okularów, zaślinionych zeszytów czy zdeptanych i pogniecionych rysunków. Raz zdarzyło się, że – przez moją nieostrożność, przyznaję – na dłuższy czas pozbyłam się okularów, gdyż te okazały się o wiele ciekawszym materiałem do pogryzienia niż specjalnie kupowane dla Niej kości.

Nasza miłość trwa i nie zapowiada się, by cokolwiek, czy ktokolwiek, miało ją skończyć. Ona kocha mnie, a ja Ją i żadna z nas nie potrafi żyć, bez swojej „drugiej połowy”. Właścicielom życzymy więc psa, a psom właścicieli, których będą mogli określić jako „nie do oddania”!

Sonia



 
  Klubowicze, którzy czytali ten artykuł:
 
 Wasze komentarze:     Dodaj nowy
 
 
    magda_2905 01:39 | 24-10-2009   Odpowiedz
 

Cieszę się, że są tacy właściciele jak ty! Ja też będę miała labradorkę. Dziś dopiero otworzyła oczka, więc jeszcze kilka tygodni i nasza Tinka będzie już z nami. Pozdrawiam


 
 
    ~Jackie 08:13 | 05-05-2009   Odpowiedz
 

Yad, akuku :D Przepięknie piszesz o swojej suce. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego właściwie nie masz wilczaka, ale teraz już wiem ;) Wspaniale, że tak się pokochałyście :) Pozdrawiam Was obie!







(c) 2008 PIES.PL | reklama w portalu | made by: Webprovider.pl