|
|
| Temat miesiąca |
Ach, co to był za ślub!
Najlepsza pora na ślub? Wtedy, kiedy jest słonecznie, ciepło i w miesiącu, który ma literę "r"! A kogo zaprosić? Wiadomo: rodzinę i przyjaciół. Ale każdy wielbiciel psów zapewne dopisałby do listy gości ukochanego pupila. Wielu marzy o tym, by radosne merdanie ogona uprawomocniło początek ich nowej drogi życia. Niektórym udało się to marzenie spełnić...
Kiedy amerykańska aktorka i piosenkarka Jennifer Hudson opowiedziała z detalami, jak miałby wyglądać jej wymarzony ślub, to nikogo nie dziwiło, że sama chce zaprojektować sobie suknię na tę okazję, ale już deklaracja, że najważniejszymi gośćmi tego wyjątkowego wydarzenia będą jej psy, wzbudziła mieszane reakcje internautów. Gwiazda jest przekonana, że to będzie zabawne i urocze. Czworonogi mają mieć na sobie eleganckie ubranka: smoking i sukienkę, co więcej, pies ma przynieść w odpowiednim momencie obrączki w pudełeczku przymocowanym do obroży. "Psiaki należą do naszej rodziny, nie może ich zabraknąć na uroczystości" - orzekła stanowczo Jennifer.
Taki scenariusz nie jest jednak jakąś fanaberią. Biorą go pod uwagę również polskie portale okolicznościowe, które służą inicjatywą w zaplanowaniu oryginalnego ślubu i przyjęcia weselnego. W banku pomysłów strony fajnewesele.pl czytamy: "Jeżeli mamy ukochanego psiaka i nie wyobrażamy sobie spędzić bez niego dnia ślubu, zaprośmy go! Co więcej, zaangażujmy go w obchody ceremonii! (...) Możemy mu też zafundować wizytę u psiego fryzjera. Jeżeli chodzi o strój, to dostępne są już eleganckie, a nawet markowe ubranka wizytowe. Nakrycia głowy, sukienki, smokingi, wielkie ozdobne kokardy czarne lub białe oraz nosidełka dla psów na tak specjalne okazje, jak właśnie ślub. Bezsprzecznie pupil będzie się prezentował nienagannie i wykwintnie". Co prawda prowadząca ten portal Anna Wieruszewska-Puto przyznaje, że jeszcze nikt nie poprosił jej o pomoc w przygotowaniu ślubu, w którym uczestniczyłyby psy, czy to w naturalnej szacie, czy odświętnie przystrojone. To zapewne dlatego, że zainteresowanym nie brakuje własnych pomysłów i zawsze mogą liczyć na pełne zaangażowania wsparcie zaprzyjaźnionych psiarzy. Potwierdzają to historie ślubne różnych par, które w tym wyjątkowym dla nich dniu cieszyły się towarzystwem czworonogów.
Dla idei
Anna i Rafał Perl mają kota. Ale na ich ślubie były dwa malamuty i jedna labradorka. Co więcej, obecność psów nie była dziełem przypadku.
- Stwierdziliśmy, że warto podczas tej szczególnej dla nas uroczystości zamiast kwiatów, które zwiędną, zebrać pieniądze na pożyteczny cel. Chciałam wesprzeć działania ludzi pomagających zwierzętom - mówi Anna. Dla Rafała ważne było to, aby w ten sposób wspomóc terapię dzieci. Szukali więc fundacji, która przeznaczyłaby ich darowiznę na działania terapeutyczne. Rozważali wsparcie dla hipoterapii, felinoterapii, aż natrafili w internecie na Fundację Przyjaźni Ludzi i Zwierząt CZE-NE-KA, która zajmuje się między innymi dogoterapią. Z jej prezes Marią Czerwińską spotkali się kilka razy i choć szybko przekonała ich ona do siebie swoim ogromnym oddaniem działaniom wolontariatowym, to ostatecznie sprawę przesądził jeden z malamutów. Położył łapę na kolanie Rafała i tak decyzja zapadła.
- Potem zaczęliśmy się zastanawiać, jak to zorganizować - wspomina Anna. - Czy wystarczy puszka i naklejona informacja po co i dla kogo?
Z pomocą przyszła jak zwykle nieoceniona w sprawach organizacyjnych pani Maria. - Uznałam, że będzie uczciwie i elegancko, jeśli na ślub przyjdzie kilka osób z Fundacji wraz z psami - wyjaśnia. O celu zbiórki goście zostali poinformowani w zaproszeniach ślubnych, do których dołączane było również czasopismo CZE-NE-KA. Mogli więc odpowiednio wcześnie dowiedzieć się, na co mają być przeznaczone pieniądze, które mieli przekazać państwu młodym zamiast kwiatów.
Ideę Anny i Rafała poparł udzielający im ślubu proboszcz kościoła pokamedulskiego w Lesie Bielańskim w Warszawie, ksiądz Wojciech Drozdowicz, twórca programu telewizyjnego "Ziarno". Ten wielbiciel zwierząt nie tylko pozwolił psom wejść do kościoła, ale serdecznie je powitał. Czworonożni wolontariusze towarzyszyli też parze młodych i ich gościom w przeznaczonym do składania życzeń i wznoszenia toastów Podziemiu Kamedulskim. Psiaki, zahartowane w pracy dogoterapeutycznej, cierpliwie przeżyły szturm rozemocjonowanych dzieci, które kładły się na nich i głaskały je bez końca. Tylko jednemu psu puściły nerwy. Otóż kiedy państwo młodzi wraz z rodziną i wolontariuszami pozowali do zdjęcia, w kadr wsadził swój łeb zaintrygowany sytuacją osioł Franciszek. Jest on rezydentem, wraz z psami i kotami, przykościelnej "arki" księdza Drozdowicza. Malamute, delikatnie mówiąc, nie wykazywał entuzjazmu wobec perspektywy wspólnej fotografii z ciekawskim wielkouchym i trzeba było psa przytrzymać silniejszą ręką.
Rodzina i przyjaciele byli zachwyceni pomysłem. Ponieważ z bliska zobaczyli, jak fantastyczni są psi terapeuci i jak życzliwi są wolontariusze, tym chętniej napełniali przeznaczoną na datki szklaną kulę.
- Ci młodzi ludzie zaczęli wspólną drogę życia od wspólnego dobrego uczynku - podkreśla Maria Czerwińska. Cała zebrana podczas uroczystości kwota została przeznaczona na cele statutowe fundacji, w tym na dogoterapię.
A Anna i Rafał o swoim ślubie opowiadają uśmiechnięci, przekonani z właściwą dla nich skromnością, że psy były ogromną ozdobą ich wielkiego dnia. Są zadowoleni, bo szybko okazało się, że zapoczątkowali wśród znajomych nowy zwyczaj. Kolejna para w podobny sposób uwrażliwiła swoich gości na finansowe wspieranie działalności, innej tym razem, fundacji.
Ich troje
Dla Oli i Dominika Rymerów było oczywiste, że wraz z nimi do ślubu pójdzie ich labrador. Kankan jako pies asystent jest od roku nieodłącznym towarzyszem swojego pana, który od jedenastu lat porusza się na wózku. O ich współpracy i przyjaźni pisaliśmy w poprzednim numerze w artykule "Aby życie znów było proste". Tak perfekcyjnie wyszkolony pies to rutyniarz, dlatego w dniu ślubu nie mógł sobie znaleźć miejsca. W domu tyle gości, zamieszanie, pan podekscytowany, nie prosi go jak co dzień o pomoc w ubraniu się. W dodatku na szyi zawiązano Kankanowi odświętną muchę i zaprowadzono go do budynku, w którym nigdy nie był, czyli do kościoła.
I chociaż pies ten na co dzień zachowuje się niewzruszenie wobec wszelkich nowych dla niego bodźców, tym razem na widok duchownego, który w geście powitania rozpostarł ręce, rozkładając szeroko po bokach swoją szatę liturgiczną, zaszczekał. Kapłan uśmiechnął się tylko, najwyraźniej zgadzając się z psem, że uroczystość czas rozpocząć. - Wszyscy czekali na to, czy Kankan zabierze głos podczas naszego ślubu - wspominają z rozbawieniem Ola i Dominik. Całą uroczystość labrador przespał, leżąc na kościelnej posadzce tuż koło nich. Zawsze tak robi, gdy wie, że jego pan doskonale poradzi sobie bez jego asysty.
Cała trójka wyjechała po ślubie na Kaszuby na spływ kajakowy. Kankan nie płynął jednak w kajaku, gdyż jest trochę za duży, by być trzecim pasażerem, no i jak przystało na labradora, tak uwielbia wodę, że pewnie natychmiast zanurkowałby, zapominając o wyuczonej powściągliwości.
Ola i Dominik planują egzotyczną podróż poślubną, zastanawiają się jednak, czy w towarzystwie labka. Obawiają się, czy nie będzie to dla niego za duży stres. Choć może uda im się połączyć przyjemność wyjazdu z przyjemnością codziennej obecności psa.
Państwo młodzi zadbali na swoim ślubie o bezdomnych kuzynów Kankana i zamiast kwiatów poprosili o karmę. Zebrali jej tyle, że tył samochodu opadł, kiedy wieźli załadunek do podwarszawskiego schroniska Na Paluchu.
Dowód przyjaźni
Również hodowcy i ci, którzy uprawiają sporty wraz z psami, traktują czworonogi jak członków rodziny. I nawet jeśli w jakimś ważnym dla siebie momencie życia pominą swoich pupili, to przypomną im o nich życzliwi przyjaciele.
Ewa Kwiecińska-Kotwasińska i jej mąż Dominik Kotwasiński od lat hodują husky, od niedawna rzadką rasę hokkaido, a przede wszystkim są zapalonymi maszerami mającymi duże osiągnięcia na zawodach. - Robimy wszystko z psami i dla psów - mówi z wielką pasją Ewa. Obecnie mają czternaście husky, dwa hokkaido i jednego kundelka. Na ślub zdecydowali się po latach wspólnego życia w tak wielkim stadzie. I choć bardzo chcieli zajechać przed urząd stanu cywilnego z piskiem kół psiego zaprzęgu, to jednak zdecydowali się tradycyjnie na samochód. - Nie chcieliśmy narażać haszczaków na stres, bo musielibyśmy zostawić je na czas uroczystości pod opieką kogoś obcego, może nawet ktoś zarzuciłby nam, że stwarzamy zagrożenie dla innych - wyjaśnia Ewa.
Państwo młodzi jako "praktykujący" ekolodzy porosili gości o niewyszukany ubiór - sami włożyli proste lniane ubrania, a Ewa miała na głowie wianek upleciony ze świeżo zerwanych stokrotek - i zażyczyli sobie ukorzenionych drzewek w doniczkach zamiast kwiatów ciętych. Zaproszenie na ślub miało oryginalną grafikę i formułę: było kompozycją zdjęć z dzieciństwa Ewy i Dominika i wszystkich ich husky, a do tego to właśnie wszystkie psiaki wymienione z imienia zapraszały na ślub swoich państwa, by rodzina i przyjaciele byli świadkami "nastania końca ich beztroski, swawoli i niezależności". Młoda para zadbała o stosowną oprawę dźwiękową i w urzędzie rozległo się wycie wilków... Przy takich oto odgłosach natury Ewa i Dominik, członkowie łódzkiego Klubu Przyjaciół Wilków i Psów Północy WATAHA, czuli się w pełni swobodnie.
W planach nie było wesela, ale zaprzyjaźnieni klubowicze wzięli sprawy w swoje ręce. Przede wszystkim zaskoczyli parę młodą tym, że odprawili samochód i czekali na nich przed urzędem z zaprzęgiem psów gotowym do przejażdżki. I powieźli Ewę i Dominika na przyjęcie zorganizowane w wielkiej tajemnicy w ogrodzie ich domu pod Łodzią. - W obecności całego stada klubowych psów i przyjaciół zaprzęgowców złożyliśmy drugie ślubowanie - watahowe, w obrożach i łączówkach, takich, jakie zakłada się psom, przypinając je do zaprzęgu. Bawiliśmy się do piątej nad ranem, przez co dzień później pojechaliśmy w podróż poślubną na Huskyfarm z dwoma naszymi najmłodszymi husky. A ślub miał być surowy, cichy, prosty i skromny... - wspomina Ewa zadowolona z takiego obrotu spraw.
Z łezką w oku
Równie dużą niespodziankę sprawili przyjaciele Paulinie Oberhard i Rafałowi Trynkusowi. Paulina jest handlerką nowofundlandów na wystawach kynologicznych, ale jak sama przyznaje, nie przyszłoby jej do głowy, żeby zaangażować psy jako oprawę jej ślubu. Akurat w tym dniu odbywała się międzynarodowa wystawa psów w Warszawie i po niej stawili się przed kościołem św. Katarzyny na warszawskiej Sadybie właściciele wraz z okazałymi niufkami. To była wielka zmowa. Nowofundlandy przystrojono i ustawiono w szpaler, kiedy państwo młodzi i pozostali uczestnicy ceremonii znajdowali się w środku. Co prawda działania te zauważył jeden z księży, ale choć tego z nim nie uzgodniono, ucieszył się z obecności braci mniejszych i nie krył zadowolenia z takiego wyjątkowego wydarzenia. Nawet nowofundlandy czuły dumę z osiągniętego efektu. Państwo młodzi byli bowiem niesamowicie zaskoczeni, kiedy wyszli z kościoła. - Ja już po chwili rzuciłam się, żeby wycałować te kudłacze - nie ukrywa emocji Paulina. - A mojego tatę poruszyło to dogłębnie.
Było to tym bardziej przejmujące przeżycie, że miesiąc przed ślubem Paulina musiała uśpić swojego ukochanego niufka Benka, z którym jeździła na wystawy i który udzielał się w zajęciach dogoterapeutycznych. Na co dzień najwięcej czasu z psem spędzał właśnie ojciec Pauli.
Część gości stanowili psiarze, dla niektórych była to jednak niestandardowa sytuacja i mimo podziwu dla urody psiaków trzymali dystans. Nie wszyscy przecież znają wyjątkowo łagodną naturę nowofundlandów. - Czuli respekt wobec ich potęgi i wielkości - przyznaje Paulina.
Państwo młodzi chcieli, żeby zamiast kwiatów zaproszeni goście przynieśli karmę i inne smakołyki dla psów - okazuje się to coraz powszechniejszym zwyczajem. Mieli zamiar przekazać ją na rzecz przytuliska, które prowadzi pod Warszawą pani Ewa, a w którym dopełnia się pogodna starość między innymi nowofundlandów uratowanych przez stowarzyszenie Terranova. Udało się zebrać kilkanaście kilogramów jedzenia i kilka posłań.
Paulina podsumowała: - Wszyscy obecni na naszym ślubie zapamiętali dwie rzeczy. Po pierwsze te efektowne psy, po drugie to, że pogoda tego dnia była fatalna, iście... nowofundlandzka.
Wszyscy, którzy kochają psy, rozumieją, że przeżywanie wraz z nimi ważnych dla ludzi wydarzeń nadaje tym szczególnym chwilom jeszcze większe znaczenie. Potwierdzają to przedstawione historie. Powody przyprowadzenia czworonogów na ślub mogą być różne, ale cel jest ten sam: wspólnie przeżywać radość.
Joanna Zioło
Klubowicze, którzy czytali ten artykuł:
Wasze komentarze: Dodaj nowy
| |
|
~roxana 10:16 | 17-08-2009 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Przyznam szczerze, że po przeczytaniu artykułu pierwszy raz w życiu pomyślałam o tym, żeby mój kochany psiak mógł mi towarzyszyć w tak szczególnym dniu, kiedy to stanę przed ołtarzem kościoła. Nie sądzę, żeby był to głupi pomysł. Ale sama zastanawiam się, czy moja Szira (rasy beagle) miała by z tego radochę. Wiem, że niecierpliwi ją parominutowe siedzenie w jednym miejscu, a co dopiero godzinne ślęczenie w kościele. Pewnie spoglądałaby na mnie smutnymi oczkami z zapytaniem - "Kiedy będzie koniec?", a ja nie potrafiłabym się skupić nad celem owego wydarzenia. I choć mój ślub odbędzie się już całkiem niedługo, wiem już teraz, że Szirki na nim nie będzie. Uniknę nie tylko złości księdza, ale także obciążania mojego kochanego beagielka. W zamian za to, otrzyma tego dnia inne niespodzianki, które na pewno spodobają mu się bardziej, niż bezczynne siedzenie i zamartwianie się, iż gapią się na niego całe tłumy. Wystarczy, że ja będę miała taki stres ;-)
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
Czasowa 12:21 | 14-08-2009 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Byłam na dwóch ślubach, na żadnym z Nich nie zabrakło obecności psów. Pierwszy, mojej kuzynki, odbył się w Październiku 2007 roku, kiedy to chodziłam jeszcze do 3-ciej klasy. Sala weselna mieściła się w jakiejś małej wiosce. Właściciele posiadali stado koni, i psa. Myślałam, że ten piękny kundelek, nie będzie mógł wejść na salę, a jednak się myliłam. Gdy jedliśmy obiad, coś położyło się na mojej nodze. Spojrzałam w dół, i ujrzałam psiaka- imion wszystkich. Dlaczego imion wszystkich? Bo każdy nazywał go inaczej, to Brutus, to Brutal, Maks czy nawet Głupek, a i tak reagował, podchodził i merdał ogonem. Gdy był czas na wystrzelenie fajerwerk, psisko stało koło mnie, merdając ogonem. Do tej pory zastanawiam się, czy odczuwał radość, stres, czy w ogóle to go nie interesowało.
Gdy w czerwcu 2008 roku, w Piątek, odbyło się zakończenie roku szkolnego, zaraz w Sobotę jechaliśmy na ślub mojej drugiej kuzynki. Na Weselu było całkiem inaczej. Sala również mieściła się w jakiejś wiosce. Na dworze rosła pszenica, a raczej całe pole było nią zarośnięte. Podczas obiadu, myślałam że tu żadnego psa nie będzie. Ale się myliłam. Gdy tylko przyszła pora na deser, coś nagle wskoczyło mi przednimi łapami na kolana. To był kundelek właścicieli, o imieniu mi nie wiadomym.Sierść miał szorstką bez porównania, bardziej od mojego westika. Przyjacielski, radosny psiak. Kręcił się każdemu pod nogami, może chciał się zaprzyjaźnić.
Ślub z psem, to nie jest nic złego, pod warunkiem, ze pies przez to nie dozna stresu. Nie zostanie ubrany w jakiś garnitur, ew. można przyozdobić go jakąś muszką, kokardką. I pod warunkiem, że będzie mógł przebywać z ukochaną(YM) panią/ panem. Większość ludzi ubiera psy na ślub w jakieś białe sukieneczki, czy garnitury. To nie jest dobry pomysł, przecież pies się w tym męczy. Co innego jeżeli jest to ewe ewentualnie coś w rodzaju derki, to już lepiej, jeżeli właścicielowi zależy. Jednak naprawdę, nie opłaca się zakładać psu ubranka, skoro wystarczy muszka/kokardka. Wczujcie się w psa, pomyślcie, ni załatwić się, ni swobodnie biegać. Nie bierzcie też psa jeżeli wiecie że boi się głośnych krzyków, fajerwerk, głośnej muzyki. To tylko niepotrzebny stres...
Proszę, przemyślcie to, zanim zrobicie coś, co psu się nie spodoba. Zanim założycie mu ubranko, lub świadomie narazicie go na stres. Nie róbcie psu na złość.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
AGRAFKA134 01:16 | 01-08-2009 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Ślub z udziałem psiaka= miłość * 3 ...A dlaczego?Otóż miłość łączy: Pana i Panią Młodą, psiaka i Pana oraz psiaka i Panią.Ceremonia z psem zaciśnia więzi pomiędzy nim, a jego właścicielami, sprawia, że stają się sobie bliżsi.Niewątpliwie, uroczystość zapadnie w pamięć zarówno ludziom , jak i zwierzkom.Jeżeli nasz pies nie będzie uczestniczył w ceremonii, zapamięta ten wyjatkowy dla jego właścicieli dzień, jako kolejny, nudny dzień spędzony w domu/ na polu bez opieki, bez jego ukochanych właścicieli.Innymi słowy - jako dzień samotny, bo - kiedy jego właściciele będą się wspaniale bawić, on sam będzie saię nudził, tęskniąc za ponownym spotkaniem ze swoim panem i panią.Tak więc pamiętajcie - sprawcie, aby ten dzień był wyjątkowy zarówno dla Was, jak i Waszego psiaka!
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
fairytale 02:25 | 28-07-2009 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Dla mnie pies jest członkiem rodziny. I tak jest traktowany. Ale jednak pies to zwierze(nie mówię tym samym że jest gorszy od człowieka!) i ma swoje zachowania i instynkty których ominąć się nie da. Dlatego ja nie uczłowieczam psa na siłę. Na święta, na urodziny pies jest z nami. W naszym, czy kogoś z rodziny w domu czuje sie dobrze, może sobie siedzieć gdzie chce, biegać, bawić się. Osobiście chciałabym mieć na ślubie moje psy, bo kocham je i chciałabym żeby były ze mną w tym ważnym, żeby nie powiedzieć najważniejszym wydarzeniu. Tylko czy pies tego chce ? Pomijam tu już sprawę kościoła, są księża, którzy zgodziliby się na psa. Ale chodzi o psa. Czy to byłoby dla niego frajdą siedzieć przez dwie godziny przy ławce, jeszcze do tego w ubranku, a w odpowiednim czasie zanieść panci obrączki ? Nie sądzę, żeby psu udzielił się podniosły nastrój i żeby przesiedział w jednym miejscu, nie szczekając ani nie biegając przez dłuższy czas. Pies stresowałby się, a w najlepszym wypadku bardzo nudził. A wiadomo co pies może wymyślić kiedy się nudzi. Może spodobać mu się biały, ciągnący się welon, może różowy kwiatek w wazonie pod ołtarzem, może szata księdza, a może dywan na ołtarzu ? Trzeba być rozsądnym i przemyśleć to od każdej strony. Jeśli miałabym naprawdę wychowanego i usłuchanego psa, ksiądz by się zgodził, a może ślub odbywałby się w jakiejś kapliczce, czy na zewnątrz pokusiłabym się o psa na uroczystości. Ale w normalnych okolicznościach raczej nie, przede wszystkim ze względu o niego samego.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
| |
|
enigma 01:22 | 27-07-2009 Odpowiedz |
|
| |
 |
|
 |
| |
 |
Jeszcze kilka lat temu pewnie bym była na nie - pies na ślubie?? Koniec świata! Ale teraz, kiedy sama mam ukochanego psa, inaczej to widzę. Teraz uważam, że świętowanie (jakichkolwiek uroczystości) bez psa jest jakieś takie niepełne. Jeśli pies nie jest strachliwy (nie boi się obcych, głośnej muzyki itp), jest dobrze ułożony (żeby nie pogryzł gości albo nie poskakał po eleganckich kreacjach gości), jeśli jest ktoś, kto w razie czego psem by się zajął i np. odprowadził w spokojne miejsce, gdy pies jest zmęczony - to dlaczego pies by nie miał być na ślubie? Podejrzewam, że wiele osób by wolało na swoim ślubie mieć swojego psa niż niezbyt lubianą ciocię czy nigdy wcześniej nie widzianego wujka;) I myślę, że jeszcze kilka lat - a udział domowych ulubieńców w takich uroczystościach jak chociażby ślub - będzie popularne i nie będzie wywoływać takiej sensacji, jak dziś.
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
|
|
 |
 |
 |
 |
|
 |
 |
 |
 |